• Siła jedynki. Jak to może zmienić wynik?

    Słowo „jeden” z definicji brzmi skromnie. Jak coś, co nie może zrobić różnicy. Jedna sekunda. Jeden centymetr. Jedno wyjście z domu. Jeden trening. W sporcie wielu ludzi to lekceważy, bo szukamy skoków, przełomów i rewolucji. A potem okazuje się, że największą przewagę budują nie ci, którzy raz na jakiś czas robią wielkie „wow”, tylko ci, którzy potrafią dorzucać codziennie swoje małe, uparte +1.

    To jest właśnie temat „jedynki”. Pytanie, czy jeden to dużo. I kiedy to dużo, a kiedy mało. Bo w sporcie odpowiedź bywa zaskakująca: czasem jeden procent wygląda jak detal… a czasem jest różnicą, która na zawodach decyduje o tym, czy wyprzedzisz jedną osobę, czy będziesz patrzył na jej plecy do samej mety.

    Jeden procent, czyli więcej niż się wydaje

    Weźmy prosty przykład: dystans 10 kilometrów w czasie 1:20:00. Osiemdziesiąt minut. Brzmi równo. Brzmi solidnie. Brzmi jak treningowa norma. A teraz wyobraźmy sobie poprawę o 1%. To jest niewiele – w głowie brzmi jak kosmetyka. Jednak matematyka jest bezlitosna.

    Osiemdziesiąt minut to 4800 sekund. Jeden procent z tego to 48 sekund. Czterdzieści osiem. Nie cztery. Nie osiem. Czterdzieści osiem. W Nordic Walking to już nie jest drobna różnica. To jest przesunięcie w wynikach, które potrafi zmienić całe podsumowanie startu.

    48 sekund, czyli różnica w tabeli wyników

    I właśnie w tym momencie człowiek zaczyna rozumieć, że jedynka wcale nie musi być „mała”. Bo 48 sekund na 10 kilometrach to czasem kilka miejsc w klasyfikacji. A co najciekawsze – te sekundy nie muszą wynikać z tego, że ktoś nagle jest silniejszy czy ma wyjątkowy dzień. One często biorą się z drobiazgów, które powtarzane setki razy zaczynają działać jak dźwignia.

    Jeden centymetr kroku, czyli prawie minuta

    Dla wielu ludzi centymetr brzmi jak żart. Jak poprawka, której nikt nie zauważy. Ale dystans 10 kilometrów jest uczciwy: on sumuje wszystko, co robisz na trasie.

    Załóżmy, że zawodnik maszeruje krokiem około 90 cm. Jeśli wydłuży ten krok do 91 cm – czyli dosłownie o jeden centymetr – to na dystansie 10 km wykona około 122 kroki mniej.

    Nagle jedynka przestaje być śmieszna. Staje się konkretna. I w tym jest sens całej zabawy: drobiazg, gdy pomnożyć go przez tysiące powtórzeń, robi się ogromny.

    Jedynki techniczne: kije, rytm, czystość marszu

    Tak samo działa technika. Praca kijami, rytm, kąt wbicia, zakres ruchu, stabilizacja. Można przejść 10 kilometrów „jakoś”. A można przejść je tak, żeby każdy krok był bardziej ekonomiczny, bardziej czysty i bardziej powtarzalny.

    Nikt tu nie mówi o cudach. Tu chodzi o 1% lepszą jakość. Lepsza technika to nie jest ozdoba. To jest oszczędność energii na każdym metrze. To jest lepsze przeniesienie siły na kij. To jest spokojniejszy oddech w końcówce. Jeden procent tu, jeden procent tam… i nagle robi się przewaga.

    Basztowe jedynki: jeden podbieg więcej, jedna pętla więcej

    I teraz wejdźmy w nasze podwórko. Bo w Baszcie jedynki mają konkretne nazwy, a nie tylko procenty z podręcznika.

    To może być jedno podejście pod Górę Siemierzycką więcej. Jedna poranna pobudka więcej, kiedy najchętniej zostałoby się w łóżku, a mimo to człowiek wstaje i wychodzi w teren. Jeden sprint więcej w Mądrzechowie. Jedno kółko na Strudze więcej. Jedna pętla na Jeleniu więcej. To może być jeden zryw w sprincie na stadionie więcej – ten jeden, który wchodzi w nogi i w głowę.

    Jedynki, których nie zmierzysz stoperem

    Jest jeszcze coś, co często umyka, bo nie da się tego policzyć w sekundach. Jedynki to nie tylko krok dłuższy o centymetr, jeden sprint więcej czy jedna pętla więcej. Jedynką bywa też coś zupełnie „niemierzalnego”. Jedna rozmowa z trenerem. Jedno zatrzymanie zawodnika na chwilę, jedno pytanie: „co się dzieje?”, jedno zdanie powiedziane w dobrym momencie.

    Czasem zawodnik potrzebuje tylko tego jednego impulsu, żeby wrócić na właściwe tory. A ja, jako trener, też mam swoje jedynki. Moim zadaniem jest wychwycić moment, w którym nie potrzeba rewolucji, tylko właśnie jednej normalnej rozmowy. Takiej, która nie buduje presji, tylko porządkuje. I daje spokój. Bo to też jest procent przewagi, tylko że w głowie.

    Jedynka bez presji: to ma nam się chcieć

    W tym wszystkim nie chodzi o budowanie presji. Sport jest po to, żeby człowieka wzmacniać, a nie przygniatać. Dlatego jedynki mają być zbierane z głową. One nie mają wywoływać lęku, że „muszę”, że „nie mogę odpuścić”, że „jak dziś nie zrobię, to już po wszystkim”.

    To musi nam się chcieć. To musi być nasze. Jedynka ma być jak moneta wrzucona do skarbonki. Mała, ale Twoja. Czasami wystarczy jedna jedynka – ale konsekwentnie. Bo konsekwencja to nie jest robienie wszystkiego. Konsekwencja to robienie czegoś małego, ale regularnie.

    Psychologia sportu: wygrywa powtarzalność, nie rewolucja

    W psychologii sportu jest taka prawda, która wraca jak bumerang: rzadko wygrywa wielka zmiana. Najczęściej wygrywa drobiazg powtarzany setki razy. Jedno wyjście z domu więcej. Jeden procent czystszej techniki. Jeden centymetr kroku. Jedna decyzja, żeby zrobić swoje mimo zimna, mimo wiatru, mimo zmęczenia.

    I właśnie dlatego wierzę w jedynki. Bo one nie wymagają cudów. Wymagają tylko tej małej, upartej gotowości, żeby dziś zrobić coś minimalnie lepiej niż wczoraj. A kiedy minie miesiąc, dwa, pół roku – człowiek patrzy na to i widzi, że te drobne jedynki wcale nie były małe. One były całą drogą.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Proces, który działa w obie strony

    Ten tekst napisałem kilka tygodni temu. Czas na jego publikację. Trochę osobisty tekst porządkuje ponad dwa lata drogi naszej sekcji Nordic Walking. To historia nie tylko startów w zawodach wysokiej rangi, ale przede wszystkim ewolucji myślenia o rywalizacji, treningu i odpowiedzialności – po obu stronach relacji trener-zawodnicy.

    Z dzisiejszej perspektywy łatwo byłoby powiedzieć, że „wiedziałem”. Ale to nie byłoby do końca uczciwe. Kiedy zaczynaliśmy, ja również nie miałem za sobą wieloletniego doświadczenia. Miałem zaledwie rok przewagi. Rok wcześniej sam po raz pierwszy stanąłem na starcie mistrzostw Polski, Pucharu Polski, później Pucharu Świata i mistrzostw Europy. Zaliczyłem podium, ale zobaczyłem też, jak cienka jest granica między satysfakcją a rozczarowaniem. To nie czyniło ze mnie eksperta. To raczej otworzyło mi oczy i sprawiło, że zacząłem bardzo uważnie obserwować świat sportowego Nordic Walkingu.

    Chłonąłem go intensywnie. Patrzyłem na ludzi, na ich zachowania przed startem, na reakcje po mecie, na rozmowy z sędziami, na sposób, w jaki jedni radzą sobie z presją, a inni z nią przegrywają. Chyba pomagało mi w tym dziennikarskie doświadczenie – umiejętność słuchania, wyłapywania niuansów, stawiania sobie pytań, które nie zawsze mają proste odpowiedzi. I być może właśnie dlatego, gdy moi zawodnicy zaczęli myśleć o pierwszych startach, pojawił się problem. Ja byłem już o krok dalej, ale nie potrafiłem jeszcze dobrze przetłumaczyć tego świata ludziom, którzy dopiero mieli do niego wejść. Nie wiedziałem czy to co trafiło do mnie, również ich zauroczy.

    Mistrzostwa Polski w Czerwonaku i kolejne zawody tej rangi nie były testem formy. Były testem mentalnym. Moi zawodnicy jechali tam z głowami pełnymi wyobrażeń. Ja wiedziałem, że na trasie spotkają takich samych ludzi jak oni, że świat Nordic Walkingu nie jest zamkniętym klubem dla wybranych. Wiedziałem, że na trasie dopadnie kryzys – ale go pokonają. Oni jeszcze tego nie wiedzieli. Dopiero start, kontakt z trasą, sędziami, regulaminem i własnymi emocjami sprawił, że lęk przestał być abstrakcyjny. Stał się doświadczeniem, które dało się unieść. I to był moment przełomowy, bo człowiek, który uniósł lęk, przestaje się go bać w przyszłości.

    Kolejne starty, jak Bydgoszcz, pokazały coś jeszcze ważniejszego. Zmienił się język rozmów. Zniknęły pytania: „czy ja się nadaję”, a pojawiły się: „co mogę poprawić”, „gdzie straciłam”, „jak trenować mądrzej”. W psychologii sportu to moment przejścia. Zawodnik przestaje definiować siebie przez wynik, a zaczyna przez rozwój. To nie są wielkie słowa – to bardzo konkretna zmiana mentalna, bez której nie da się iść dalej.

    Równolegle z ewolucją zespołu ewoluowałem ja sam. Pracując z tymi ludźmi coraz wyraźniej widziałem, że ten proces działa w dwie strony. Moi zawodnicy w pewnym sensie pozwalali mi się przy nich rozwijać. Dali przestrzeń na szukanie właściwego przekazu, na momenty, w których sam jeszcze nie byłem pewien, jak coś nazwać. To była obopólna korzyść. Oni dostawali trenera, który nie udawał nieomylnego, a ja dostałem zespół, który nie oczekiwał gotowych recept, tylko uczciwego prowadzenia. W sporcie to ogromna wartość, bo bezpieczeństwo psychologiczne – możliwość popełniania błędów bez lęku przed oceną – jest fundamentem długofalowego rozwoju.

    Zawody Pucharu Polski, takie jak Potęgowo czy później Miastko, pokazały kolejny etap tej drogi. Tu pojawiło się poczucie sprawczości. Szczególnie wyraźnie było to widać w Potęgowie, gdzie zabrakło jednego z liderów. Zamiast załamania pojawiła się odpowiedzialność rozłożona na całą drużynę. Rekordy, podium i wysokie miejsca drużynowe były efektem ubocznym tego procesu.

    Miastko miało jeszcze jeden wymiar. Start na zawodach, które współtworzyliśmy, wymagał umiejętności oddzielenia emocji organizacyjnych od sportowych. To bardzo trudne mentalnie. Psychologia sportu nazywa to kontrolą kontekstu – zdolnością do zachowania koncentracji niezależnie od otoczenia. Moi zawodnicy zdali ten egzamin. Potrafili wystartować „u siebie”, nie tracąc sportowej ostrości. To znak dojrzałości, której nie da się wytrenować jedynie kilometrami.

    Najtrudniejszym sprawdzianem zawsze była jednak konfrontacja z absolutnym poziomem: mistrzostwa świata, Puchar Świata, mistrzostwa Polski w Gorzowie. Tam sport nie wybacza uproszczeń. Tam trzeba umieć zaakceptować fakt, że można dać z siebie wszystko i wciąż mieć nad czym pracować. Awans do finałów, wysokie miejsca drużynowe, systematyczna poprawa pozycji rok do roku były ważne, ale równie ważne były rozmowy po starcie, analiza, świadomość detalu. To moment, w którym sport przestaje być emocją, a staje się rzemiosłem.

    W tym wszystkim nie wolno jednak zapominać o jednym. Priorytetem zawsze były i są nasze niedzielne treningi. To tam buduje się forma, ale przede wszystkim relacje. To tam sportowy Nordic Walking spotyka się z codziennością, z rozmową, ze śmiechem, z gorszym i lepszym dniem. Wyniki sportowe są dla nas przygodą – piękną, wzmacniającą, dającą satysfakcję – ale pozostają pozytywnym efektem ubocznym czegoś znacznie ważniejszego. Regularności, wspólnoty i świadomego ruchu.

    Dziś wiem, że największą wartością tej ponad dwuletniej drogi nie są puchary ani klasyfikacje. Największą wartością jest to, że moi zawodnicy nie boją się już rywalizacji. Rozumieją ją. Wiedzą, że sportowy Nordic Walking nie odbiera radości, tylko ją porządkuje. A ja wiem, że trener nie rozwija się szybciej niż jego zespół. Rozwija się dokładnie tak szybko, jak zespół mu na to pozwala. I dlatego ta historia wciąż trwa.

    To nie była opowieść o wynikach. To była opowieść o procesie.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Trening zaczyna się w głowie

    Nie tylko mięśnie potrzebują treningu. Głowa też musi nauczyć się wytrwałości, cierpliwości i wiary, że warto. Bo zanim ruszysz z kijkami, musisz ruszyć myślami – i wygrać najważniejszy pojedynek: z samym sobą.

    Na początku większość osób skupia się na technice: na kijach, kroku, tempie, butach, zegarku. To wszystko ma znaczenie, ale prawdziwy trening zaczyna się znacznie wyżej niż w nogach – zaczyna się w głowie. To ona decyduje, czy wstaniesz rano z kanapy, czy znajdziesz wymówkę, by zostać. To głowa negocjuje z deszczem, z lenistwem i z tym cichym głosem w środku, który mówi: „odpuść dziś, jutro też jest dzień.” Ciało tylko wykonuje polecenia. Dlatego zanim wytrenujesz mięśnie, musisz wytrenować myśli.

    Po rozległym zawale (choć określenie „kardiologiczny incydent” brzmi łagodniej) trafiłem do ośrodka rehabilitacji w Wieżycy. Nie byłem wtedy sportowcem – byłem pacjentem. Dali mi do rąk kije, ale nie wiedziałem, co z nimi zrobić. Terapeutka powiedziała tylko: „Proszę iść naprzemiennie.” Więc szedłem – powoli, z zadyszką i bez przekonania. Kije trzymałem przed sobą jak ludzik z Lego. Dziś wiem, że to nie były ćwiczenia fizyczne, tylko pierwsze lekcje cierpliwości i nadziei. Bo to, co wtedy naprawdę trenowałem, to rozmowa z samym sobą.
    Może dlatego tak lubię ludzi, którzy zaczynają od zera. Widziałem to już wiele razy – w piłce, na bieżni, w hali sportowej, w redakcji, w życiu. Ci, którzy wiedzą, jak to jest się podnieść, potrafią potem dawać innym siłę. Bo prawdziwy trener to nie ten, który nigdy nie upadł, ale ten, który nauczył się wstawać mądrzej.

    Dziś wielu moich zawodników zaczyna dokładnie tak samo. „Ja to tylko trochę, dla zdrowia…”, „Chcę tylko sprawdzić, czy dobrze chodzę…” – słyszę na pierwszych zajęciach. A potem dzieje się coś ciekawego: po kilku tygodniach chodzą inaczej, patrzą inaczej, mówią inaczej. Już nie szukają wymówek, tylko sensu. Widzę to w ich oczach i w sposobie, w jaki przed startem poprawiają rękawiczki przy kijach. To moment, w którym człowiek zaczyna chodzić głową, a nie tylko nogami.

    Sport – nawet rekreacyjny – to nieustanna walka z wątpliwościami. Czasem trzeba wygrać nie z dystansem, lecz z własnym zniechęceniem. Siła nie polega na tym, by nigdy nie zwątpić, ale by potrafić wrócić do wiary po każdym potknięciu. I to jest piękne w Nordic Walkingu – że pozwala trenować charakter, a nie tylko kondycję.
    Kiedy idziesz przez las, czujesz rytm własnego oddechu i miękkość ścieżki pod stopami. Nagle uświadamiasz sobie, że to nie jest zwykły spacer. To mały trening umysłu. Uczysz się obecności, spokoju i pokory wobec własnych ograniczeń. Po jakimś czasie zauważasz, że ta cisza z lasu zaczyna się przenosić do codziennego życia. Mniej się spieszysz, mniej denerwujesz, bardziej słuchasz. Bo głowa też się męczy. Głowa też potrzebuje ruchu. I – tak jak ciało – potrafi się wzmocnić. Wystarczy tylko dać jej szansę.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Samotny marsz – siła spokoju

    Są chwile, kiedy warto zwolnić i pobyć sam ze sobą. Nie po to, by od ludzi uciekać, ale by wrócić do nich z nową energią. Samotny marsz to nie ucieczka – to forma regeneracji. Oczyszcza głowę, porządkuje myśli i daje spokój, który później wnosisz do grupy. Bo czasem właśnie cisza jest tym, co najbardziej łączy ludzi.

    Nordic Walking najczęściej kojarzy się z grupą, wspólnym rytmem i śmiechem na trasie, ale ma też drugą, cichszą stronę. To właśnie w samotnym marszu można usłyszeć siebie najgłośniej. Kiedy nie trzeba dopasowywać się do nikogo, gdy nikt nie zagaduje i nie liczy kilometrów – wtedy zaczyna się prawdziwa rozmowa z własnymi myślami.

    W dalszej części książki będę wiele razy wspominał o sile grupy, o przynależności i wspólnym marszu, ale to właśnie Nordic Walking nauczył mnie też jednego – że warto czasem pójść sam ze sobą. Samotny trening odświeża głowę. Wycisza. Pozwala usłyszeć ten cichy dialog, który w codziennym zgiełku ginie pod natłokiem bodźców. Po kilku kilometrach człowiek wchodzi w stan „flow”. Mówiąc prościej – stan pełnego szczęścia. Myśli się uspokajają, a kroki stają się jak oddech. I wtedy, nawet błądząc, przychodzi ta myśl, która zawsze mnie zaskakuje: „Nie wiem, dokąd idę, ale wiem po co.”

    Pamiętam poranek gdzieś między Dąbiem a Grzmiącą. Mgła trzymała się nisko, jakby nie chciała puścić rzeki. Wyszedłem bez planu – tylko ja, dwa kije i szum wiatru wśród trzcin i skrzypu olbrzymiego. Pierwszy kilometr wciąż pachniał cywilizacją: głowa taszczyła listę spraw, a telefon drżał echem nieodebranych obowiązków. Drugi uspokoił ramiona, trzeci wyrównał oddech. Na czwartym wpadł mi do głowy pomysł na układ rozgrzewki, na piątym – struktura tego oto rozdziału. Do auta wracałem z mięśniami lekko zmęczonymi, ale z głową jak po generalnych porządkach. I z tą prostą myślą: że sam ruch może być najlepszą formą myślenia.

    Samotny marsz ma swój rytuał: wyjść, nie oceniać, oddychać rytmem. Dwa kroki wdech, dwa kroki wydech. Nie poprawiać świata, nie ścigać się – tylko patrzeć, jak ciało samo układa się do pracy. To ćwiczenie z uważności, które robi się „przy okazji” – bez specjalnej oprawy, bez kadzideł i świec. Kiedy ręce otwierają klatkę, a kij zostaje za biodrem, oddech sam porządkuje myśli. Psychologowie sportu nazwaliby to „regulacją pobudzenia”, ja wolę proste słowo: uspokojenie.

    Samotność na trasie nie jest przeciwieństwem wspólnoty. To jej dopełnienie. W grupie łatwo „pożyczać” energię od innych; w pojedynkę uczysz się produkować ją samemu. Właśnie ten trening wewnętrznego napędu później procentuje na zawodach, w pracy, w domu. Gdy przychodzą gorsze dni, pamięć tamtych cichych kilometrów podpowiada: zwolnij, ale idź. Pewna osoba użyła kiedyś mądrego stwierdzenia, że w naszej dyscyplinie nikt nikomu nie musi niczego udowadniać. I to jest w tym wszystkim piękne – że można iść samotnie lub obok siebie, bez porównań i bez rywalizacji, po prostu w swoim rytmie.

    Jest jeszcze jedna korzyść z marszu w pojedynkę – uczciwość wobec siebie. Nie ma z kim się ścigać, nie ma komu imponować. Jest tylko Twoje tempo i Twoje „po co”. Znika presja, pojawia się ciekawość. Zauważasz mikro–rzeczy: jak stawiasz stopę, czy ręka naprawdę się prostuje, gdzie ucieka napięcie.

    Nie chodzi o to, by samotny marsz zastąpił wspólne treningi. Chodzi o równowagę. Dwa wyjścia z ekipą, jedno dla siebie – to przepis, który działa. Bo z ciszy przynosi się do grupy coś bezcennego: spokój. A spokój jest zaraźliwy. Ludzie wyczuwają, kiedy trener lub partner z trasy ma w sobie poukładaną ciszę – wtedy idzie się lżej wszystkim. Samotny marsz uczy też pokory. Nie zawsze jest flow, nie zawsze „niesie”. Czasem jest błoto, rozwiązane sznurówki i myśl: „Po co mi to było?”. I bardzo dobrze. To te kilometry cementują charakter bardziej niż te idealne. Wracasz z nich może bez olśnień, ale z drobną, milczącą satysfakcją: zrobiłem swoje.

    I na koniec – odrobina czułego realizmu. Nie każdy spacer w pojedynkę będzie inwazją endorfin. Czasem będzie zwyczajny. Kij zsunie się po mokrej ściółce, kamyk wpadnie do buta, rękawiczka źle się ułoży, czapka będzie grzać za bardzo. Ale właśnie w tej zwyczajności kryje się największy luksus współczesności: chwila, w której nikt niczego od Ciebie nie chce. Idziesz, bo chcesz. Oddychasz, bo możesz. Wiesz, dokąd – a jeśli nawet nie wiesz, to przynajmniej wiesz po co. A kiedy wracam do ludzi, do mojej Baszty, do niedzielnego „Veni, vidi, vici!”, zabieram ze sobą ten cichy zapas. I wtedy cała grupa idzie trochę pewniej – jakby w moim kroku było o jedno westchnienie ciszy więcej.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Cele, które naprawdę motywują

    Nie każdy cel musi być rekordem. Wystarczy ten, który ma sens – osobisty, szczery, Twój. Bo prawdziwa motywacja nie przychodzi z zewnątrz. Rodzi się tam, gdzie kończą się wymówki, a zaczyna pasja.

    Motywacja to słowo, które łatwo wypowiedzieć, ale trudno utrzymać. Wszyscy ją znamy – to ten wewnętrzny błysk, który każe wstać z kanapy, założyć buty i ruszyć, choć pogoda zniechęca, a ciało mówi: „zostań”. Ale ten błysk ma swoją naturę – pojawia się i znika. Dlatego prawdziwa siła nie leży w motywacji chwilowej, tylko w celach, które mają sens.

    Dobry cel nie krzyczy. Nie musi być rekordem, nie musi mieć medalu na końcu drogi. Czasem wystarczy, że zmieścisz się w czasie, który sam sobie wyznaczyłeś. Że dojdziesz dalej niż miesiąc temu. Że po prostu nie odpuścisz. W Nordic Walkingu cele pojawiają się z mięśni i z głowy. „Chcę mieć siłę, by wejść sześciokrotnie raz za razem na Górę Siemierzycką bez zadyszki.” „Chcę poczuć, że znowu coś mogę.” „Chcę iść z grupą i nie zostać z tyłu.” To są cele, które trzymają dłużej niż numery startowe. Za każdym razem, gdy staję na szczycie, nie czuję się zwycięzcą, tylko człowiekiem, który dotrzymał słowa danego samemu sobie.

     Nordic Walkingu to szczególnie widać – ci, którzy chodzą dla siebie, zostają na lata; ci, którzy chcą tylko „zaliczyć”, znikają po sezonie. Dlatego cele warto formułować nie przez „muszę”, ale przez „chcę”. Nie „muszę poprawić wynik”, lecz „chcę poczuć się mocniejszy”. To subtelna różnica, ale zmienia wszystko. Kiedy cel wypływa z przyjemności, nie z presji, wtedy nawet potknięcie staje się częścią procesu.

    Nie ma nic złego w chwilach słabości. Każdy z nas zna to uczucie, kiedy nie chce się wyjść – kiedy zimno, ciemno, a łóżko wygląda jak najlepszy przyjaciel. W takich momentach nie szukaj motywacji – szukaj powodu. Dla zdrowia? Dla ludzi? Dla siebie? Czasem jeden powód wystarczy, żeby wrócić na trasę. A ja mam jeszcze swoją metodę, pół żartem, pół serio. Kiedy pogoda naprawdę nie zachęca, mówię do siebie: „Ubiorę się, wyjdę i dopiero wtedy zdecyduję, czy chcę iść na trening.” I wiecie co? Kiedy już stoję na podwórku, nagle przestaje mi się chcieć wracać. Wtedy powtarzam sobie: „Skoro się ubrałeś, to teraz trenuj.” I tak właśnie zaczyna się większość moich najlepszych treningów – od chwili, w której po prostu przestałem się zastanawiać.

    Motywacja to nie jest płomień, który płonie cały czas. To ognisko, które trzeba podsycać – raz słowem, raz wspomnieniem, raz wspólnym śmiechem. Jednego dnia zapalisz się sam, innego dnia ktoś dorzuci Ci patyk. I to jest piękne, bo motywacja w grupie działa jak ogień w kręgu – raz pali się mocniej u jednych, raz u innych, ale wszyscy grzeją się w tym samym cieple.

    Moja półka z książkami od lat ugina się od poradników pozytywnego myślenia. Zig Ziglar, M.R. Kopmeyer, Dale Carnegie, Anthony Robbins – klasyka motywacji. Każdy z nich pisze o tym, jak stawiać cele, jak szukać sensu, jak nie tracić wiary. I choć dzisiaj patrzę na te książki z pewnym dystansem, to nie mam wątpliwości, że w swoim czasie pomogły mi zbudować własny mental. Wtedy chłonąłem każde zdanie, jakby miało odmienić dzień. Dziś wracam do nich rzadziej – czasem tylko po to, żeby odnaleźć jedno zdanie, które akurat teraz zadziała.

    Ale z każdym rokiem coraz mocniej czuję, że prawdziwa motywacja nie zawsze siedzi w książkach. Ona przychodzi sama, często w najmniej spodziewanym momencie – na leśnej ścieżce, w rozmowie po treningu, w milczeniu po wysiłku. I nie potrzebuje górnolotnych słów ani wielkich deklaracji. Czasem wystarczy jedno: „idziemy dalej”. Cele muszą być elastyczne. Czasem życie wytnie numer – choroba, kontuzja, nadmiar obowiązków. Wtedy zamiast wyrzucać sobie „nie dałem rady”, warto powiedzieć „zrobiłem tyle, ile mogłem dziś”. Tak buduje się mądra konsekwencja. Bo w sporcie, tak jak w życiu, lepiej iść wolniej niż spalić się po pierwszym podejściu. Motywację podtrzymują rytuały. SMS przed treningiem, wspólne zdjęcie po marszu, krótki okrzyk „Baszta!” po rozgrzewce – to drobiazgi, które budują ciągłość. Psychologowie nazwaliby to „systemem wzmacniania pozytywnego”, ja wolę słowo „wspólnota”. Bo to właśnie wspólnota przypomina nam, po co zaczęliśmy.

    Kiedy po treningu patrzę na grupę i widzę zmęczone, ale uśmiechnięte twarze, wiem, że to jest ten moment, kiedy cel staje się czymś więcej niż liczbą kilometrów. To jest cel, który naprawdę motywuje.

    B.A.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Kryzys to też część marszu

    W pewnym momencie każdy z nas słyszy w głowie: „Po co ci to?”. Ale właśnie wtedy zaczyna się trening charakteru. Kryzys nie jest porażką – to lekcja wytrwałości. Bo ten, kto idzie mimo zmęczenia, zawsze dociera dalej.

    W każdym treningu, prędzej czy później, przychodzi moment słabości. To ta chwila, gdy mięśnie proszą o przerwę, a głowa zaczyna szeptać: „Po co ci to?”. Jedni słyszą to po kilometrze, inni po miesiącach, ale słyszy to każdy. Kryzys nie jest znakiem porażki – to część marszu. I właśnie w tych chwilach zaczyna się prawdziwa nauka.

    Psychologia sportu mówi, że ciało ma swoje granice, ale umysł często je przesuwa. To, co uznajemy za „nie dam rady”, rzadko jest fizycznym limitem – najczęściej to tylko myśl, która chce nas ochronić przed dyskomfortem. Wtedy warto zwolnić, ale nie stawać. Kiedyś sądziłem, że odpoczynek to wstyd. Dziś wiem, że to element treningu. Tak samo potrzebny jak wysiłek.

    Po zawale wiele razy doświadczałem momentów, gdy sił brakowało już po kilku minutach marszu. Serce biło nierówno, oddech rwał się jak stary film, a ja czułem, że wszystko we mnie krzyczy: „Zatrzymaj się!”. Ale szedłem dalej, choćby powoli. Nie z uporu, tylko z ciekawości – chciałem zobaczyć, czy dam radę przejść jeszcze kilkaset kroków. I najczęściej dawałem. Tych kilkaset kroków stało się moim symbolem. Bo człowiek, który idzie mimo zmęczenia, trenuje nie tylko ciało, ale i charakter.

    Wtedy nie pomagają żadne wyświechtane cytaty o tym, że „ból minie, a chwała pozostanie”. Pomaga za to jedna, brutalnie szczera myśl: „Nie po to tu przyjechałeś, żeby teraz odpuszczać.” Wtedy biorę się w garść, dodaję w myślach kilka niecenzuralnych słów i idę dalej. Nie wiem, czy to właściwa metoda psychologiczna, ale działa. Przynajmniej na mnie.

    Przez dwie dekady obserwowałem sport z boku – zza bramki, obok ławki trenerskiej, z trybun, z loży prasowej. Widziałem ludzi, którzy pękali pod presją. I wiem jedno: wygrywa nie ten, kto ma mocniejsze nogi, ale ten, kto szybciej pogodzi się z bólem i potrafi iść dalej.

    W sporcie amatorskim kryzys ma różne twarze. Czasem to brak motywacji, czasem kontuzja, a czasem zwykłe życie, które nie zostawia miejsca na trening. Wtedy trzeba umieć pogodzić się z przerwą, ale nie porzucać celu. W psychologii mówi się o elastycznej wytrwałości – o umiejętności wracania po potknięciu bez poczucia winy. Bo sukces to nie to, że się nigdy nie zatrzymujesz, tylko to, że zawsze wracasz.

    Na treningach często powtarzam: „Nie liczy się, jak szybko dojdziesz, tylko że dojdziesz”. I to nie jest slogan. To doświadczenie. Widziałem ludzi, którzy po kilku tygodniach przerwy wracali na ścieżkę z wiarą, że znowu dadzą radę. Zaczynali spokojniej, uważniej, z pokorą. A potem okazywało się, że właśnie dzięki temu marszowi w ciszy dojrzeli do większej siły. Czasem kryzys przychodzi nie na trasie, ale w głowie. Wtedy trzeba po prostu wyjść z domu i ruszyć. Nawet bez entuzjazmu. Bo ruch jest jak klucz – otwiera serce, porządkuje myśli, przywraca spokój. Po kilku minutach ciało przypomina sobie, że potrafi. A głowa – że warto.

    B.A.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl