Samotny marsz – siła spokoju

Są chwile, kiedy warto zwolnić i pobyć sam ze sobą. Nie po to, by od ludzi uciekać, ale by wrócić do nich z nową energią. Samotny marsz to nie ucieczka – to forma regeneracji. Oczyszcza głowę, porządkuje myśli i daje spokój, który później wnosisz do grupy. Bo czasem właśnie cisza jest tym, co najbardziej łączy ludzi.

Nordic Walking najczęściej kojarzy się z grupą, wspólnym rytmem i śmiechem na trasie, ale ma też drugą, cichszą stronę. To właśnie w samotnym marszu można usłyszeć siebie najgłośniej. Kiedy nie trzeba dopasowywać się do nikogo, gdy nikt nie zagaduje i nie liczy kilometrów – wtedy zaczyna się prawdziwa rozmowa z własnymi myślami.

W dalszej części książki będę wiele razy wspominał o sile grupy, o przynależności i wspólnym marszu, ale to właśnie Nordic Walking nauczył mnie też jednego – że warto czasem pójść sam ze sobą. Samotny trening odświeża głowę. Wycisza. Pozwala usłyszeć ten cichy dialog, który w codziennym zgiełku ginie pod natłokiem bodźców. Po kilku kilometrach człowiek wchodzi w stan „flow”. Mówiąc prościej – stan pełnego szczęścia. Myśli się uspokajają, a kroki stają się jak oddech. I wtedy, nawet błądząc, przychodzi ta myśl, która zawsze mnie zaskakuje: „Nie wiem, dokąd idę, ale wiem po co.”

Pamiętam poranek gdzieś między Dąbiem a Grzmiącą. Mgła trzymała się nisko, jakby nie chciała puścić rzeki. Wyszedłem bez planu – tylko ja, dwa kije i szum wiatru wśród trzcin i skrzypu olbrzymiego. Pierwszy kilometr wciąż pachniał cywilizacją: głowa taszczyła listę spraw, a telefon drżał echem nieodebranych obowiązków. Drugi uspokoił ramiona, trzeci wyrównał oddech. Na czwartym wpadł mi do głowy pomysł na układ rozgrzewki, na piątym – struktura tego oto rozdziału. Do auta wracałem z mięśniami lekko zmęczonymi, ale z głową jak po generalnych porządkach. I z tą prostą myślą: że sam ruch może być najlepszą formą myślenia.

Samotny marsz ma swój rytuał: wyjść, nie oceniać, oddychać rytmem. Dwa kroki wdech, dwa kroki wydech. Nie poprawiać świata, nie ścigać się – tylko patrzeć, jak ciało samo układa się do pracy. To ćwiczenie z uważności, które robi się „przy okazji” – bez specjalnej oprawy, bez kadzideł i świec. Kiedy ręce otwierają klatkę, a kij zostaje za biodrem, oddech sam porządkuje myśli. Psychologowie sportu nazwaliby to „regulacją pobudzenia”, ja wolę proste słowo: uspokojenie.

Samotność na trasie nie jest przeciwieństwem wspólnoty. To jej dopełnienie. W grupie łatwo „pożyczać” energię od innych; w pojedynkę uczysz się produkować ją samemu. Właśnie ten trening wewnętrznego napędu później procentuje na zawodach, w pracy, w domu. Gdy przychodzą gorsze dni, pamięć tamtych cichych kilometrów podpowiada: zwolnij, ale idź. Pewna osoba użyła kiedyś mądrego stwierdzenia, że w naszej dyscyplinie nikt nikomu nie musi niczego udowadniać. I to jest w tym wszystkim piękne – że można iść samotnie lub obok siebie, bez porównań i bez rywalizacji, po prostu w swoim rytmie.

Jest jeszcze jedna korzyść z marszu w pojedynkę – uczciwość wobec siebie. Nie ma z kim się ścigać, nie ma komu imponować. Jest tylko Twoje tempo i Twoje „po co”. Znika presja, pojawia się ciekawość. Zauważasz mikro–rzeczy: jak stawiasz stopę, czy ręka naprawdę się prostuje, gdzie ucieka napięcie.

Nie chodzi o to, by samotny marsz zastąpił wspólne treningi. Chodzi o równowagę. Dwa wyjścia z ekipą, jedno dla siebie – to przepis, który działa. Bo z ciszy przynosi się do grupy coś bezcennego: spokój. A spokój jest zaraźliwy. Ludzie wyczuwają, kiedy trener lub partner z trasy ma w sobie poukładaną ciszę – wtedy idzie się lżej wszystkim. Samotny marsz uczy też pokory. Nie zawsze jest flow, nie zawsze „niesie”. Czasem jest błoto, rozwiązane sznurówki i myśl: „Po co mi to było?”. I bardzo dobrze. To te kilometry cementują charakter bardziej niż te idealne. Wracasz z nich może bez olśnień, ale z drobną, milczącą satysfakcją: zrobiłem swoje.

I na koniec – odrobina czułego realizmu. Nie każdy spacer w pojedynkę będzie inwazją endorfin. Czasem będzie zwyczajny. Kij zsunie się po mokrej ściółce, kamyk wpadnie do buta, rękawiczka źle się ułoży, czapka będzie grzać za bardzo. Ale właśnie w tej zwyczajności kryje się największy luksus współczesności: chwila, w której nikt niczego od Ciebie nie chce. Idziesz, bo chcesz. Oddychasz, bo możesz. Wiesz, dokąd – a jeśli nawet nie wiesz, to przynajmniej wiesz po co. A kiedy wracam do ludzi, do mojej Baszty, do niedzielnego „Veni, vidi, vici!”, zabieram ze sobą ten cichy zapas. I wtedy cała grupa idzie trochę pewniej – jakby w moim kroku było o jedno westchnienie ciszy więcej.


Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Czytaj także: