Najczęściej presję najłatwiej zauważyć u nowicjuszy. To oni przychodzą z niepewnością, z lekkim niepokojem, z napięciem przed pierwszym treningiem, pierwszym sprawdzianem, pierwszym startem. Ale im dłużej obserwuję sport, tym mocniej widzę, że presja nie jest tylko przypadłością początkujących. Ona nie znika wraz z doświadczeniem. Zmienia jedynie twarz. Spotykam ją także u tych, którzy są już mocni, u tych, którzy są blisko podium, i u tych, których inni uznają za liderów. W jednych dyscyplinach przychodzi z zewnątrz – z trybun, mediów, oczekiwań i ocen. W innych jest ciszej. Ale ta cisza bywa złudna, bo człowiek sam potrafi być dla siebie najgłośniejszą trybuną.
Skąd bierze się presja
Od pewnego czasu łapię się na tym, że bardziej niż sam wynik interesuje mnie źródło napięcia. Nie to, kto wygrał, ale co dzieje się z człowiekiem, kiedy zaczyna czuć, że „musi”. Musi potwierdzić formę. Musi wejść na podium. Musi udowodnić, że to, co robi, ma sens. Musi pokazać coś innym albo sobie. Po latach spędzonych w sporcie widzę wyraźnie, że presja nie zawsze rodzi się w tym samym miejscu. W piłce nożnej bardzo często przychodzi z zewnątrz. Jest kibic, sponsor, działacz, trener, media, lokalne środowisko. Jest ocena. Jest szum. Jest ten charakterystyczny ciężar, który nie pozwala człowiekowi zostać sam na sam z własnym wynikiem. Po meczu niemal natychmiast dopisują się cudze emocje, cudze oczekiwania, cudze interpretacje. W innych dyscyplinach jest ciszej. Ale ta cisza bywa złudna, bo człowiek sam potrafi być dla siebie najgłośniejszą trybuną. I właśnie to od pewnego czasu interesuje mnie najbardziej.
Cisza wcale nie oznacza spokoju
Nordic walking nie ma stadionowego hałasu. Nie ma tej samej presji medialnej. Nie ma tłumu interesów, które czekają na wynik i za chwilę go ocenią. To prawda. Ale nie wyciągałbym z tego prostego wniosku, że emocji jest tu mniej, że są słabsze albo że wszystko odbywa się w jakimś miękkim i bezpiecznym świecie wolnym od napięć. Nie. Tu emocje po prostu mówią innym językiem. W jednych sportach napięcie idzie w trzask, w gwałtowny gest, w słowo rzucone o sekundę za szybko. W nordiku częściej przechodzi przez ciało. Przez mocniejsze wbicie kija. Przez skrócony oddech. Przez niecierpliwość na trasie. Przez spojrzenie po minięciu rywala. Przez milczenie po starcie, który miał wyglądać inaczej. To inny sposób przeżywania, ale nie słabszy.
Cisza nie oznacza braku ognia. Czasem oznacza tylko tyle, że ogień pali się głębiej.
Tu sami przesuwamy suwak
Może właśnie dlatego coraz częściej myślę, że pod pewnymi względami nordic walking jest sportem psychicznie zdrowszym. Nie dlatego, że pozbawionym ambicji, lecz dlatego, że większa część presji rodzi się tutaj wewnątrz człowieka, a nie w hałaśliwym otoczeniu. A skoro rodzi się w nas, to mamy też większy wpływ na jej poziom. To my sami przesuwamy suwak oczekiwań.
To my dokładamy sobie ciężaru albo uczymy się go zdejmować.
To my zamieniamy zwykły start w próbę charakteru albo w niepotrzebny sąd nad własną wartością.
To nie znaczy, że presja wewnętrzna jest łatwa. Czasem bywa bardziej podstępna niż zewnętrzna, bo długo wydaje się uzasadniona, ambitna, wręcz potrzebna. Łatwo pomylić ją z motywacją. Łatwo uwierzyć, że skoro człowiek od siebie wymaga, to znaczy, że jest silny. Tymczasem granica bywa cienka. Ambicja potrafi prowadzić, ale potrafi też zacząć rządzić. I może właśnie tu zaczyna się najtrudniejsza część sportu.
Najtrudniejsze słowo: „muszę”
W pewnym momencie zawodnik przestaje mówić: „chcę dobrze wystąpić”. Zaczyna mówić: „muszę”. Muszę wygrać. Muszę być na podium. Muszę wreszcie to zrobić. Muszę potwierdzić, że jestem gotowy. Muszę pokazać, że już należę do najlepszych. Muszę sześć razy z rzędu wejść na Górę Siemierzycką. To słowo brzmi niewinnie, ale potrafi narobić w głowie więcej zamieszania niż trudna trasa i mocni rywale razem wzięci.
Bo kiedy pojawia się „muszę”, sport przestaje być tylko wysiłkiem i taktyką. Zaczyna być także walką z własnym wyobrażeniem o sobie. A to już dużo cięższy przeciwnik.
Czwarte miejsce boli nie dlatego, że jest słabe. Boli dlatego, że jest bezczelnie blisko spełnienia. Bycie liderem męczy nie dlatego, że człowiek jest słaby, ale dlatego, że z każdą dobrą chwilą rośnie pokusa, by wynik zacząć traktować jak obowiązek. A przecież sport nie zna słowa „należy się”. Sport czasem nagradza, a czasem długo sprawdza, czy człowiek potrafi nie tylko iść mocno, ale również myśleć spokojnie.
Psychologia nie zaczyna się po starcie
Od pewnego czasu coraz głębiej wchodzę w psychologię sportu i ruchu. Nie po to, żeby dopisać sobie kolejną pozycję do CV, ale dlatego, że nie chcę poruszać się po umyśle sportowca po omacku. Intuicja bywa cenna, doświadczenie również, ale w pewnym momencie przestają wystarczać. Jeśli człowieka naprawdę interesuje to, co dzieje się w głowie zawodnika, nie powinien błądzić po tej przestrzeni wyłącznie na wyczucie. Potrzebna jest metoda. Potrzebny jest porządek. Czasem nawet – nie bójmy się tego słowa – porządek naukowy. I właśnie dlatego coraz bardziej widzę, że psychologia sportu nie zaczyna się po zawodach, kiedy analizujemy emocje. Ona jest obecna już wcześniej. W decyzji o tempie. W umiejętności rozłożenia sił. W pokusie, by ruszyć za szybko, bo inni poszli. W zdolności, by zostać przy własnym planie, kiedy obok dzieje się coś pozornie ważniejszego. Taktyka bez psychiki bywa martwa, a psychika bez taktyki ślepa. Nie wystarczy mieć przygotowane ciało. Trzeba jeszcze umieć czytać moment. A moment czyta się głową.
Sport szybko przestaje być wynikiem
Widziałem, jak jedni po sukcesie zachowywali proporcje, a inni bardzo szybko zaczynali wierzyć, że wszystko już zostało osiągnięte.
Przez lata obserwowałem sportowców w szatni po zwycięstwach i w autobusie po porażkach. W takich miejscach sport szybko przestaje być wynikiem, a zaczyna być próbą charakteru.
Widziałem też tych, którzy po nieudanym starcie potrafili milczeć z klasą, i tych, którzy rozsypywali się bardziej od środka niż na zewnątrz. Im dłużej o tym myślę, tym mocniej wierzę, że sport kształtuje nie tylko przez wynik. Czasem mocniej kształtuje właśnie wtedy, gdy wynik nie przychodzi. Uczy wtedy cierpliwości. Uczy regulowania siebie. Uczy odróżniania ambicji od nerwowości. Uczy, że rozwój nie zawsze polega na przyspieszaniu. Czasem polega na tym, by nie dać się rozszarpać własnym oczekiwaniom. Bo można wygrać zawody i przegrać z własnym ego. Można też nie stanąć na podium, a mimo to wygrać coś ważniejszego – spokój, proporcję, odporność, głębsze rozumienie siebie. I może właśnie to są zwycięstwa, które zostają najdłużej.
Najzdrowszy sport
Nie wiem, czy istnieje sport wolny od presji. Chyba nie. Wszędzie, gdzie pojawia się ambicja, porównanie, wynik i ludzkie ego, wcześniej czy później pojawi się też napięcie. Ale coraz bardziej myślę, że najzdrowszy sport to nie ten bez presji. Najzdrowszy jest ten, w którym człowiek ma szansę nauczyć się nią mądrze zarządzać.
Nie za nisko, bo bez ambicji nie ma rozwoju. Nie za wysoko, bo wtedy własne oczekiwania odbierają radość ruchu, taktykę, uważność i lekkość głowy. Może więc dojrzałość w sporcie nie polega na tym, by nie czuć presji.
Może polega na czymś trudniejszym: by umieć ustawić jej właściwy poziom. A wtedy nawet cisza przestaje być groźna. Bo człowiek nie słyszy już tylko najgłośniejszej trybuny w sobie. Zaczyna wreszcie słyszeć własny rytm.































