Nie każdy cel musi być rekordem. Wystarczy ten, który ma sens – osobisty, szczery, Twój. Bo prawdziwa motywacja nie przychodzi z zewnątrz. Rodzi się tam, gdzie kończą się wymówki, a zaczyna pasja.
Motywacja to słowo, które łatwo wypowiedzieć, ale trudno utrzymać. Wszyscy ją znamy – to ten wewnętrzny błysk, który każe wstać z kanapy, założyć buty i ruszyć, choć pogoda zniechęca, a ciało mówi: „zostań”. Ale ten błysk ma swoją naturę – pojawia się i znika. Dlatego prawdziwa siła nie leży w motywacji chwilowej, tylko w celach, które mają sens.
Dobry cel nie krzyczy. Nie musi być rekordem, nie musi mieć medalu na końcu drogi. Czasem wystarczy, że zmieścisz się w czasie, który sam sobie wyznaczyłeś. Że dojdziesz dalej niż miesiąc temu. Że po prostu nie odpuścisz. W Nordic Walkingu cele pojawiają się z mięśni i z głowy. „Chcę mieć siłę, by wejść sześciokrotnie raz za razem na Górę Siemierzycką bez zadyszki.” „Chcę poczuć, że znowu coś mogę.” „Chcę iść z grupą i nie zostać z tyłu.” To są cele, które trzymają dłużej niż numery startowe. Za każdym razem, gdy staję na szczycie, nie czuję się zwycięzcą, tylko człowiekiem, który dotrzymał słowa danego samemu sobie.
Psychologia sportu mówi, że istnieją dwa rodzaje motywacji: zewnętrzna i wewnętrzna. Ta pierwsza rodzi się z porównywania – z medali, wyników, pochwał. Działa, ale na krótko. Wewnętrzna natomiast wypływa z potrzeby rozwoju, z ciekawości, z radości samego ruchu. To ona sprawia, że wstajesz rano bez przymusu.
Nordic Walkingu to szczególnie widać – ci, którzy chodzą dla siebie, zostają na lata; ci, którzy chcą tylko „zaliczyć”, znikają po sezonie. Dlatego cele warto formułować nie przez „muszę”, ale przez „chcę”. Nie „muszę poprawić wynik”, lecz „chcę poczuć się mocniejszy”. To subtelna różnica, ale zmienia wszystko. Kiedy cel wypływa z przyjemności, nie z presji, wtedy nawet potknięcie staje się częścią procesu.
Nie ma nic złego w chwilach słabości. Każdy z nas zna to uczucie, kiedy nie chce się wyjść – kiedy zimno, ciemno, a łóżko wygląda jak najlepszy przyjaciel. W takich momentach nie szukaj motywacji – szukaj powodu. Dla zdrowia? Dla ludzi? Dla siebie? Czasem jeden powód wystarczy, żeby wrócić na trasę. A ja mam jeszcze swoją metodę, pół żartem, pół serio. Kiedy pogoda naprawdę nie zachęca, mówię do siebie: „Ubiorę się, wyjdę i dopiero wtedy zdecyduję, czy chcę iść na trening.” I wiecie co? Kiedy już stoję na podwórku, nagle przestaje mi się chcieć wracać. Wtedy powtarzam sobie: „Skoro się ubrałeś, to teraz trenuj.” I tak właśnie zaczyna się większość moich najlepszych treningów – od chwili, w której po prostu przestałem się zastanawiać.
Motywacja to nie jest płomień, który płonie cały czas. To ognisko, które trzeba podsycać – raz słowem, raz wspomnieniem, raz wspólnym śmiechem. Jednego dnia zapalisz się sam, innego dnia ktoś dorzuci Ci patyk. I to jest piękne, bo motywacja w grupie działa jak ogień w kręgu – raz pali się mocniej u jednych, raz u innych, ale wszyscy grzeją się w tym samym cieple.
Moja półka z książkami od lat ugina się od poradników pozytywnego myślenia. Zig Ziglar, M.R. Kopmeyer, Dale Carnegie, Anthony Robbins – klasyka motywacji. Każdy z nich pisze o tym, jak stawiać cele, jak szukać sensu, jak nie tracić wiary. I choć dzisiaj patrzę na te książki z pewnym dystansem, to nie mam wątpliwości, że w swoim czasie pomogły mi zbudować własny mental. Wtedy chłonąłem każde zdanie, jakby miało odmienić dzień. Dziś wracam do nich rzadziej – czasem tylko po to, żeby odnaleźć jedno zdanie, które akurat teraz zadziała.
Z tych wszystkich książek, które przez lata wypełniały moją półkę, została mi jedna lekcja: żadne hasło nie zadziała, jeśli nie ruszysz z miejsca. Bo nie ma lepszej motywacji niż pierwsze 200 metrów po wyjściu z domu. Reszta przychodzi sama.
Ale z każdym rokiem coraz mocniej czuję, że prawdziwa motywacja nie zawsze siedzi w książkach. Ona przychodzi sama, często w najmniej spodziewanym momencie – na leśnej ścieżce, w rozmowie po treningu, w milczeniu po wysiłku. I nie potrzebuje górnolotnych słów ani wielkich deklaracji. Czasem wystarczy jedno: „idziemy dalej”. Cele muszą być elastyczne. Czasem życie wytnie numer – choroba, kontuzja, nadmiar obowiązków. Wtedy zamiast wyrzucać sobie „nie dałem rady”, warto powiedzieć „zrobiłem tyle, ile mogłem dziś”. Tak buduje się mądra konsekwencja. Bo w sporcie, tak jak w życiu, lepiej iść wolniej niż spalić się po pierwszym podejściu. Motywację podtrzymują rytuały. SMS przed treningiem, wspólne zdjęcie po marszu, krótki okrzyk „Baszta!” po rozgrzewce – to drobiazgi, które budują ciągłość. Psychologowie nazwaliby to „systemem wzmacniania pozytywnego”, ja wolę słowo „wspólnota”. Bo to właśnie wspólnota przypomina nam, po co zaczęliśmy.
Kiedy po treningu patrzę na grupę i widzę zmęczone, ale uśmiechnięte twarze, wiem, że to jest ten moment, kiedy cel staje się czymś więcej niż liczbą kilometrów. To jest cel, który naprawdę motywuje.
B.A.
Dodaj komentarz