Słowo „jeden” z definicji brzmi skromnie. Jak coś, co nie może zrobić różnicy. Jedna sekunda. Jeden centymetr. Jedno wyjście z domu. Jeden trening. W sporcie wielu ludzi to lekceważy, bo szukamy skoków, przełomów i rewolucji. A potem okazuje się, że największą przewagę budują nie ci, którzy raz na jakiś czas robią wielkie „wow”, tylko ci, którzy potrafią dorzucać codziennie swoje małe, uparte +1.
To jest właśnie temat „jedynki”. Pytanie, czy jeden to dużo. I kiedy to dużo, a kiedy mało. Bo w sporcie odpowiedź bywa zaskakująca: czasem jeden procent wygląda jak detal… a czasem jest różnicą, która na zawodach decyduje o tym, czy wyprzedzisz jedną osobę, czy będziesz patrzył na jej plecy do samej mety.
Jeden procent, czyli więcej niż się wydaje
Weźmy prosty przykład: dystans 10 kilometrów w czasie 1:20:00. Osiemdziesiąt minut. Brzmi równo. Brzmi solidnie. Brzmi jak treningowa norma. A teraz wyobraźmy sobie poprawę o 1%. To jest niewiele – w głowie brzmi jak kosmetyka. Jednak matematyka jest bezlitosna.
Osiemdziesiąt minut to 4800 sekund. Jeden procent z tego to 48 sekund. Czterdzieści osiem. Nie cztery. Nie osiem. Czterdzieści osiem. W Nordic Walking to już nie jest drobna różnica. To jest przesunięcie w wynikach, które potrafi zmienić całe podsumowanie startu.
48 sekund, czyli różnica w tabeli wyników
I właśnie w tym momencie człowiek zaczyna rozumieć, że jedynka wcale nie musi być „mała”. Bo 48 sekund na 10 kilometrach to czasem kilka miejsc w klasyfikacji. A co najciekawsze – te sekundy nie muszą wynikać z tego, że ktoś nagle jest silniejszy czy ma wyjątkowy dzień. One często biorą się z drobiazgów, które powtarzane setki razy zaczynają działać jak dźwignia.
Jeden centymetr kroku, czyli prawie minuta
Dla wielu ludzi centymetr brzmi jak żart. Jak poprawka, której nikt nie zauważy. Ale dystans 10 kilometrów jest uczciwy: on sumuje wszystko, co robisz na trasie.
Załóżmy, że zawodnik maszeruje krokiem około 90 cm. Jeśli wydłuży ten krok do 91 cm – czyli dosłownie o jeden centymetr – to na dystansie 10 km wykona około 122 kroki mniej.
A gdy przeliczyć to na czas przy wyniku 1:20:00, wychodzi około 53 sekund zysku. Prawie minuta. Za centymetr.
Nagle jedynka przestaje być śmieszna. Staje się konkretna. I w tym jest sens całej zabawy: drobiazg, gdy pomnożyć go przez tysiące powtórzeń, robi się ogromny.
Jedynki techniczne: kije, rytm, czystość marszu
Tak samo działa technika. Praca kijami, rytm, kąt wbicia, zakres ruchu, stabilizacja. Można przejść 10 kilometrów „jakoś”. A można przejść je tak, żeby każdy krok był bardziej ekonomiczny, bardziej czysty i bardziej powtarzalny.
Nikt tu nie mówi o cudach. Tu chodzi o 1% lepszą jakość. Lepsza technika to nie jest ozdoba. To jest oszczędność energii na każdym metrze. To jest lepsze przeniesienie siły na kij. To jest spokojniejszy oddech w końcówce. Jeden procent tu, jeden procent tam… i nagle robi się przewaga.
Basztowe jedynki: jeden podbieg więcej, jedna pętla więcej
I teraz wejdźmy w nasze podwórko. Bo w Baszcie jedynki mają konkretne nazwy, a nie tylko procenty z podręcznika.
To może być jedno podejście pod Górę Siemierzycką więcej. Jedna poranna pobudka więcej, kiedy najchętniej zostałoby się w łóżku, a mimo to człowiek wstaje i wychodzi w teren. Jeden sprint więcej w Mądrzechowie. Jedno kółko na Strudze więcej. Jedna pętla na Jeleniu więcej. To może być jeden zryw w sprincie na stadionie więcej – ten jeden, który wchodzi w nogi i w głowę.
I teraz najważniejsze: te jedynki nie muszą być wielkie. One mają być prawdziwe. Takie, które da się zrobić. Takie, które da się powtórzyć. Takie, które mają sens w Twoim życiu, Twoim zdrowiu i Twoich możliwościach.
Jedynki, których nie zmierzysz stoperem
Jest jeszcze coś, co często umyka, bo nie da się tego policzyć w sekundach. Jedynki to nie tylko krok dłuższy o centymetr, jeden sprint więcej czy jedna pętla więcej. Jedynką bywa też coś zupełnie „niemierzalnego”. Jedna rozmowa z trenerem. Jedno zatrzymanie zawodnika na chwilę, jedno pytanie: „co się dzieje?”, jedno zdanie powiedziane w dobrym momencie.
Czasem zawodnik potrzebuje tylko tego jednego impulsu, żeby wrócić na właściwe tory. A ja, jako trener, też mam swoje jedynki. Moim zadaniem jest wychwycić moment, w którym nie potrzeba rewolucji, tylko właśnie jednej normalnej rozmowy. Takiej, która nie buduje presji, tylko porządkuje. I daje spokój. Bo to też jest procent przewagi, tylko że w głowie.
Jedynka bez presji: to ma nam się chcieć
W tym wszystkim nie chodzi o budowanie presji. Sport jest po to, żeby człowieka wzmacniać, a nie przygniatać. Dlatego jedynki mają być zbierane z głową. One nie mają wywoływać lęku, że „muszę”, że „nie mogę odpuścić”, że „jak dziś nie zrobię, to już po wszystkim”.
To musi nam się chcieć. To musi być nasze. Jedynka ma być jak moneta wrzucona do skarbonki. Mała, ale Twoja. Czasami wystarczy jedna jedynka – ale konsekwentnie. Bo konsekwencja to nie jest robienie wszystkiego. Konsekwencja to robienie czegoś małego, ale regularnie.
Psychologia sportu: wygrywa powtarzalność, nie rewolucja
W psychologii sportu jest taka prawda, która wraca jak bumerang: rzadko wygrywa wielka zmiana. Najczęściej wygrywa drobiazg powtarzany setki razy. Jedno wyjście z domu więcej. Jeden procent czystszej techniki. Jeden centymetr kroku. Jedna decyzja, żeby zrobić swoje mimo zimna, mimo wiatru, mimo zmęczenia.
I właśnie dlatego wierzę w jedynki. Bo one nie wymagają cudów. Wymagają tylko tej małej, upartej gotowości, żeby dziś zrobić coś minimalnie lepiej niż wczoraj. A kiedy minie miesiąc, dwa, pół roku – człowiek patrzy na to i widzi, że te drobne jedynki wcale nie były małe. One były całą drogą.