W pewnym momencie każdy z nas słyszy w głowie: „Po co ci to?”. Ale właśnie wtedy zaczyna się trening charakteru. Kryzys nie jest porażką – to lekcja wytrwałości. Bo ten, kto idzie mimo zmęczenia, zawsze dociera dalej.
W każdym treningu, prędzej czy później, przychodzi moment słabości. To ta chwila, gdy mięśnie proszą o przerwę, a głowa zaczyna szeptać: „Po co ci to?”. Jedni słyszą to po kilometrze, inni po miesiącach, ale słyszy to każdy. Kryzys nie jest znakiem porażki – to część marszu. I właśnie w tych chwilach zaczyna się prawdziwa nauka.
Psychologia sportu mówi, że ciało ma swoje granice, ale umysł często je przesuwa. To, co uznajemy za „nie dam rady”, rzadko jest fizycznym limitem – najczęściej to tylko myśl, która chce nas ochronić przed dyskomfortem. Wtedy warto zwolnić, ale nie stawać. Kiedyś sądziłem, że odpoczynek to wstyd. Dziś wiem, że to element treningu. Tak samo potrzebny jak wysiłek.
Po zawale wiele razy doświadczałem momentów, gdy sił brakowało już po kilku minutach marszu. Serce biło nierówno, oddech rwał się jak stary film, a ja czułem, że wszystko we mnie krzyczy: „Zatrzymaj się!”. Ale szedłem dalej, choćby powoli. Nie z uporu, tylko z ciekawości – chciałem zobaczyć, czy dam radę przejść jeszcze kilkaset kroków. I najczęściej dawałem. Tych kilkaset kroków stało się moim symbolem. Bo człowiek, który idzie mimo zmęczenia, trenuje nie tylko ciało, ale i charakter.
Czasem przy większym wysiłku na treningu dopada mnie kryzys, a na to normalne zawodach. Zazwyczaj między drugim a trzecim kilometrem. Nagle wszystko boli, ciało mówi „dość”, a głowa zaczyna komentować: „Na co ci to k… było?!” – i nie ma w tym nic heroicznego.
Wtedy nie pomagają żadne wyświechtane cytaty o tym, że „ból minie, a chwała pozostanie”. Pomaga za to jedna, brutalnie szczera myśl: „Nie po to tu przyjechałeś, żeby teraz odpuszczać.” Wtedy biorę się w garść, dodaję w myślach kilka niecenzuralnych słów i idę dalej. Nie wiem, czy to właściwa metoda psychologiczna, ale działa. Przynajmniej na mnie.
Przez dwie dekady obserwowałem sport z boku – zza bramki, obok ławki trenerskiej, z trybun, z loży prasowej. Widziałem ludzi, którzy pękali pod presją. I wiem jedno: wygrywa nie ten, kto ma mocniejsze nogi, ale ten, kto szybciej pogodzi się z bólem i potrafi iść dalej.
W sporcie amatorskim kryzys ma różne twarze. Czasem to brak motywacji, czasem kontuzja, a czasem zwykłe życie, które nie zostawia miejsca na trening. Wtedy trzeba umieć pogodzić się z przerwą, ale nie porzucać celu. W psychologii mówi się o elastycznej wytrwałości – o umiejętności wracania po potknięciu bez poczucia winy. Bo sukces to nie to, że się nigdy nie zatrzymujesz, tylko to, że zawsze wracasz.
Na treningach często powtarzam: „Nie liczy się, jak szybko dojdziesz, tylko że dojdziesz”. I to nie jest slogan. To doświadczenie. Widziałem ludzi, którzy po kilku tygodniach przerwy wracali na ścieżkę z wiarą, że znowu dadzą radę. Zaczynali spokojniej, uważniej, z pokorą. A potem okazywało się, że właśnie dzięki temu marszowi w ciszy dojrzeli do większej siły. Czasem kryzys przychodzi nie na trasie, ale w głowie. Wtedy trzeba po prostu wyjść z domu i ruszyć. Nawet bez entuzjazmu. Bo ruch jest jak klucz – otwiera serce, porządkuje myśli, przywraca spokój. Po kilku minutach ciało przypomina sobie, że potrafi. A głowa – że warto.
B.A.































