• Proces, który działa w obie strony

    Ten tekst napisałem kilka tygodni temu. Czas na jego publikację. Trochę osobisty tekst porządkuje ponad dwa lata drogi naszej sekcji Nordic Walking. To historia nie tylko startów w zawodach wysokiej rangi, ale przede wszystkim ewolucji myślenia o rywalizacji, treningu i odpowiedzialności – po obu stronach relacji trener-zawodnicy.

    Z dzisiejszej perspektywy łatwo byłoby powiedzieć, że „wiedziałem”. Ale to nie byłoby do końca uczciwe. Kiedy zaczynaliśmy, ja również nie miałem za sobą wieloletniego doświadczenia. Miałem zaledwie rok przewagi. Rok wcześniej sam po raz pierwszy stanąłem na starcie mistrzostw Polski, Pucharu Polski, później Pucharu Świata i mistrzostw Europy. Zaliczyłem podium, ale zobaczyłem też, jak cienka jest granica między satysfakcją a rozczarowaniem. To nie czyniło ze mnie eksperta. To raczej otworzyło mi oczy i sprawiło, że zacząłem bardzo uważnie obserwować świat sportowego Nordic Walkingu.

    Chłonąłem go intensywnie. Patrzyłem na ludzi, na ich zachowania przed startem, na reakcje po mecie, na rozmowy z sędziami, na sposób, w jaki jedni radzą sobie z presją, a inni z nią przegrywają. Chyba pomagało mi w tym dziennikarskie doświadczenie – umiejętność słuchania, wyłapywania niuansów, stawiania sobie pytań, które nie zawsze mają proste odpowiedzi. I być może właśnie dlatego, gdy moi zawodnicy zaczęli myśleć o pierwszych startach, pojawił się problem. Ja byłem już o krok dalej, ale nie potrafiłem jeszcze dobrze przetłumaczyć tego świata ludziom, którzy dopiero mieli do niego wejść. Nie wiedziałem czy to co trafiło do mnie, również ich zauroczy.

    Mistrzostwa Polski w Czerwonaku i kolejne zawody tej rangi nie były testem formy. Były testem mentalnym. Moi zawodnicy jechali tam z głowami pełnymi wyobrażeń. Ja wiedziałem, że na trasie spotkają takich samych ludzi jak oni, że świat Nordic Walkingu nie jest zamkniętym klubem dla wybranych. Wiedziałem, że na trasie dopadnie kryzys – ale go pokonają. Oni jeszcze tego nie wiedzieli. Dopiero start, kontakt z trasą, sędziami, regulaminem i własnymi emocjami sprawił, że lęk przestał być abstrakcyjny. Stał się doświadczeniem, które dało się unieść. I to był moment przełomowy, bo człowiek, który uniósł lęk, przestaje się go bać w przyszłości.

    Kolejne starty, jak Bydgoszcz, pokazały coś jeszcze ważniejszego. Zmienił się język rozmów. Zniknęły pytania: „czy ja się nadaję”, a pojawiły się: „co mogę poprawić”, „gdzie straciłam”, „jak trenować mądrzej”. W psychologii sportu to moment przejścia. Zawodnik przestaje definiować siebie przez wynik, a zaczyna przez rozwój. To nie są wielkie słowa – to bardzo konkretna zmiana mentalna, bez której nie da się iść dalej.

    Równolegle z ewolucją zespołu ewoluowałem ja sam. Pracując z tymi ludźmi coraz wyraźniej widziałem, że ten proces działa w dwie strony. Moi zawodnicy w pewnym sensie pozwalali mi się przy nich rozwijać. Dali przestrzeń na szukanie właściwego przekazu, na momenty, w których sam jeszcze nie byłem pewien, jak coś nazwać. To była obopólna korzyść. Oni dostawali trenera, który nie udawał nieomylnego, a ja dostałem zespół, który nie oczekiwał gotowych recept, tylko uczciwego prowadzenia. W sporcie to ogromna wartość, bo bezpieczeństwo psychologiczne – możliwość popełniania błędów bez lęku przed oceną – jest fundamentem długofalowego rozwoju.

    Zawody Pucharu Polski, takie jak Potęgowo czy później Miastko, pokazały kolejny etap tej drogi. Tu pojawiło się poczucie sprawczości. Szczególnie wyraźnie było to widać w Potęgowie, gdzie zabrakło jednego z liderów. Zamiast załamania pojawiła się odpowiedzialność rozłożona na całą drużynę. Rekordy, podium i wysokie miejsca drużynowe były efektem ubocznym tego procesu.

    Miastko miało jeszcze jeden wymiar. Start na zawodach, które współtworzyliśmy, wymagał umiejętności oddzielenia emocji organizacyjnych od sportowych. To bardzo trudne mentalnie. Psychologia sportu nazywa to kontrolą kontekstu – zdolnością do zachowania koncentracji niezależnie od otoczenia. Moi zawodnicy zdali ten egzamin. Potrafili wystartować „u siebie”, nie tracąc sportowej ostrości. To znak dojrzałości, której nie da się wytrenować jedynie kilometrami.

    Najtrudniejszym sprawdzianem zawsze była jednak konfrontacja z absolutnym poziomem: mistrzostwa świata, Puchar Świata, mistrzostwa Polski w Gorzowie. Tam sport nie wybacza uproszczeń. Tam trzeba umieć zaakceptować fakt, że można dać z siebie wszystko i wciąż mieć nad czym pracować. Awans do finałów, wysokie miejsca drużynowe, systematyczna poprawa pozycji rok do roku były ważne, ale równie ważne były rozmowy po starcie, analiza, świadomość detalu. To moment, w którym sport przestaje być emocją, a staje się rzemiosłem.

    W tym wszystkim nie wolno jednak zapominać o jednym. Priorytetem zawsze były i są nasze niedzielne treningi. To tam buduje się forma, ale przede wszystkim relacje. To tam sportowy Nordic Walking spotyka się z codziennością, z rozmową, ze śmiechem, z gorszym i lepszym dniem. Wyniki sportowe są dla nas przygodą – piękną, wzmacniającą, dającą satysfakcję – ale pozostają pozytywnym efektem ubocznym czegoś znacznie ważniejszego. Regularności, wspólnoty i świadomego ruchu.

    Dziś wiem, że największą wartością tej ponad dwuletniej drogi nie są puchary ani klasyfikacje. Największą wartością jest to, że moi zawodnicy nie boją się już rywalizacji. Rozumieją ją. Wiedzą, że sportowy Nordic Walking nie odbiera radości, tylko ją porządkuje. A ja wiem, że trener nie rozwija się szybciej niż jego zespół. Rozwija się dokładnie tak szybko, jak zespół mu na to pozwala. I dlatego ta historia wciąż trwa.

    To nie była opowieść o wynikach. To była opowieść o procesie.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Idziemy dalej – rocznik 2025 – NW Baszta

    Idziemy dalej – rocznik 2025 – NW Baszta

    Rocznik 2025 to zapis drogi, którą przeszła sekcja Nordic Walking Baszta Bytów – od pierwszych treningów po stabilną drużynę sportową i organizatora wydarzeń rangi ogólnopolskiej. To nie katalog sukcesów ani klasyczna oferta sponsorska. To gazeta, bo właśnie taka forma najlepiej oddaje charakter naszej pracy: proces, ludzi i konsekwencję.

    Od pierwszego treningu do sportowej drużyny

    Zaczynaliśmy od kilku osób i jednego treningu w tygodniu. Dziś tworzymy stabilną sekcję sportową, która łączy systematyczny trening, rywalizację sportową i aktywność społeczną. Starty w zawodach rangi ogólnopolskiej i międzynarodowej nie pojawiły się przypadkiem – były naturalnym efektem pracy, planowania i cierpliwości. Równolegle rosła drużyna, wolontariat i kompetencje organizacyjne. Nordic Walking stał się dla nas czymś więcej niż ruchem z kijami – stał się projektem opartym na ludziach i relacjach.

    Trening, który wyrasta z natury

    Podstawą naszej pracy są lasy, łąki i naturalne trasy powiatu bytowskiego. To tam budujemy formę, uczymy uważności i odporności, a trening nabiera sensu. Natura nie jest tłem do zdjęć – jest przestrzenią pracy. Zmienną, wymagającą i uczącą pokory. Różnorodność tras, tempo dostosowane do warunków i świadome planowanie pozwalają rozwijać formę niezależnie od wieku czy poziomu zaawansowania.

    Precyzja wtedy, gdy jest potrzebna

    Choć natura jest fundamentem, wiemy też, kiedy potrzebna jest struktura i powtarzalność. Dlatego korzystamy ze stadionu – do pracy nad techniką, tempem i testami wydolnościowymi. Test Coopera, treningi techniczne i praca nad detalami pozwalają obiektywnie ocenić postępy i planować dalszy rozwój. To połączenie terenu i precyzji daje realne, mierzalne efekty.

    Nie przypadek, tylko proces

    Wyniki sportowe są konsekwencją regularności, a nie celem samym w sobie. Starty w Pucharze Polski, mistrzostwach kraju i zawodach międzynarodowych potwierdziły, że obrany kierunek ma sens – zarówno sportowo, jak i organizacyjnie. Jednocześnie wiemy, że sukces nie zamyka drogi. Jest etapem, który mobilizuje do dalszej pracy.

    Relacje, których nie widać na zdjęciach

    Za każdym treningiem stoi planowanie, komunikacja i odpowiedzialność. Sekcja działa spokojnie, bez pośpiechu, dbając o ciągłość i stabilność. To właśnie ta niewidoczna praca sprawia, że zajęcia odbywają się regularnie, a grupa rozwija się bez chaosu. Relacje budowane w ruchu przekładają się na zaufanie, wsparcie i wspólne działania – także poza sportem.

    Partnerstwo zaczyna się od rozmowy

    Rocznik 2025 jest również formą oferty partnerskiej. Nie w wersji „katalogowej”, lecz jako zaproszenie do współpracy opartej na wspólnych wartościach: ruchu, zdrowiu, odpowiedzialności i długofalowym myśleniu. Jesteśmy otwarci na współpracę z firmami, instytucjami i osobami, które widzą sens w działaniach autentycznych i osadzonych lokalnie. Jeśli po lekturze pojawia się myśl, że warto porozmawiać – to najlepszy moment, by to zrobić.

    Rocznik 2025 – zaproszenie do poznania naszej drogi

    Gazetowa forma nie jest przypadkiem. Wybraliśmy ją, bo mamy co pokazać i nie musimy niczego udawać. To zapis etapu, na którym dziś jesteśmy – i punkt wyjścia do kolejnych stron, które dopisze czas, ludzie i wspólne działania.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Trening zaczyna się w głowie

    Nie tylko mięśnie potrzebują treningu. Głowa też musi nauczyć się wytrwałości, cierpliwości i wiary, że warto. Bo zanim ruszysz z kijkami, musisz ruszyć myślami – i wygrać najważniejszy pojedynek: z samym sobą.

    Na początku większość osób skupia się na technice: na kijach, kroku, tempie, butach, zegarku. To wszystko ma znaczenie, ale prawdziwy trening zaczyna się znacznie wyżej niż w nogach – zaczyna się w głowie. To ona decyduje, czy wstaniesz rano z kanapy, czy znajdziesz wymówkę, by zostać. To głowa negocjuje z deszczem, z lenistwem i z tym cichym głosem w środku, który mówi: „odpuść dziś, jutro też jest dzień.” Ciało tylko wykonuje polecenia. Dlatego zanim wytrenujesz mięśnie, musisz wytrenować myśli.

    Po rozległym zawale (choć określenie „kardiologiczny incydent” brzmi łagodniej) trafiłem do ośrodka rehabilitacji w Wieżycy. Nie byłem wtedy sportowcem – byłem pacjentem. Dali mi do rąk kije, ale nie wiedziałem, co z nimi zrobić. Terapeutka powiedziała tylko: „Proszę iść naprzemiennie.” Więc szedłem – powoli, z zadyszką i bez przekonania. Kije trzymałem przed sobą jak ludzik z Lego. Dziś wiem, że to nie były ćwiczenia fizyczne, tylko pierwsze lekcje cierpliwości i nadziei. Bo to, co wtedy naprawdę trenowałem, to rozmowa z samym sobą.
    Może dlatego tak lubię ludzi, którzy zaczynają od zera. Widziałem to już wiele razy – w piłce, na bieżni, w hali sportowej, w redakcji, w życiu. Ci, którzy wiedzą, jak to jest się podnieść, potrafią potem dawać innym siłę. Bo prawdziwy trener to nie ten, który nigdy nie upadł, ale ten, który nauczył się wstawać mądrzej.

    Dziś wielu moich zawodników zaczyna dokładnie tak samo. „Ja to tylko trochę, dla zdrowia…”, „Chcę tylko sprawdzić, czy dobrze chodzę…” – słyszę na pierwszych zajęciach. A potem dzieje się coś ciekawego: po kilku tygodniach chodzą inaczej, patrzą inaczej, mówią inaczej. Już nie szukają wymówek, tylko sensu. Widzę to w ich oczach i w sposobie, w jaki przed startem poprawiają rękawiczki przy kijach. To moment, w którym człowiek zaczyna chodzić głową, a nie tylko nogami.

    Sport – nawet rekreacyjny – to nieustanna walka z wątpliwościami. Czasem trzeba wygrać nie z dystansem, lecz z własnym zniechęceniem. Siła nie polega na tym, by nigdy nie zwątpić, ale by potrafić wrócić do wiary po każdym potknięciu. I to jest piękne w Nordic Walkingu – że pozwala trenować charakter, a nie tylko kondycję.
    Kiedy idziesz przez las, czujesz rytm własnego oddechu i miękkość ścieżki pod stopami. Nagle uświadamiasz sobie, że to nie jest zwykły spacer. To mały trening umysłu. Uczysz się obecności, spokoju i pokory wobec własnych ograniczeń. Po jakimś czasie zauważasz, że ta cisza z lasu zaczyna się przenosić do codziennego życia. Mniej się spieszysz, mniej denerwujesz, bardziej słuchasz. Bo głowa też się męczy. Głowa też potrzebuje ruchu. I – tak jak ciało – potrafi się wzmocnić. Wystarczy tylko dać jej szansę.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Samotny marsz – siła spokoju

    Są chwile, kiedy warto zwolnić i pobyć sam ze sobą. Nie po to, by od ludzi uciekać, ale by wrócić do nich z nową energią. Samotny marsz to nie ucieczka – to forma regeneracji. Oczyszcza głowę, porządkuje myśli i daje spokój, który później wnosisz do grupy. Bo czasem właśnie cisza jest tym, co najbardziej łączy ludzi.

    Nordic Walking najczęściej kojarzy się z grupą, wspólnym rytmem i śmiechem na trasie, ale ma też drugą, cichszą stronę. To właśnie w samotnym marszu można usłyszeć siebie najgłośniej. Kiedy nie trzeba dopasowywać się do nikogo, gdy nikt nie zagaduje i nie liczy kilometrów – wtedy zaczyna się prawdziwa rozmowa z własnymi myślami.

    W dalszej części książki będę wiele razy wspominał o sile grupy, o przynależności i wspólnym marszu, ale to właśnie Nordic Walking nauczył mnie też jednego – że warto czasem pójść sam ze sobą. Samotny trening odświeża głowę. Wycisza. Pozwala usłyszeć ten cichy dialog, który w codziennym zgiełku ginie pod natłokiem bodźców. Po kilku kilometrach człowiek wchodzi w stan „flow”. Mówiąc prościej – stan pełnego szczęścia. Myśli się uspokajają, a kroki stają się jak oddech. I wtedy, nawet błądząc, przychodzi ta myśl, która zawsze mnie zaskakuje: „Nie wiem, dokąd idę, ale wiem po co.”

    Pamiętam poranek gdzieś między Dąbiem a Grzmiącą. Mgła trzymała się nisko, jakby nie chciała puścić rzeki. Wyszedłem bez planu – tylko ja, dwa kije i szum wiatru wśród trzcin i skrzypu olbrzymiego. Pierwszy kilometr wciąż pachniał cywilizacją: głowa taszczyła listę spraw, a telefon drżał echem nieodebranych obowiązków. Drugi uspokoił ramiona, trzeci wyrównał oddech. Na czwartym wpadł mi do głowy pomysł na układ rozgrzewki, na piątym – struktura tego oto rozdziału. Do auta wracałem z mięśniami lekko zmęczonymi, ale z głową jak po generalnych porządkach. I z tą prostą myślą: że sam ruch może być najlepszą formą myślenia.

    Samotny marsz ma swój rytuał: wyjść, nie oceniać, oddychać rytmem. Dwa kroki wdech, dwa kroki wydech. Nie poprawiać świata, nie ścigać się – tylko patrzeć, jak ciało samo układa się do pracy. To ćwiczenie z uważności, które robi się „przy okazji” – bez specjalnej oprawy, bez kadzideł i świec. Kiedy ręce otwierają klatkę, a kij zostaje za biodrem, oddech sam porządkuje myśli. Psychologowie sportu nazwaliby to „regulacją pobudzenia”, ja wolę proste słowo: uspokojenie.

    Samotność na trasie nie jest przeciwieństwem wspólnoty. To jej dopełnienie. W grupie łatwo „pożyczać” energię od innych; w pojedynkę uczysz się produkować ją samemu. Właśnie ten trening wewnętrznego napędu później procentuje na zawodach, w pracy, w domu. Gdy przychodzą gorsze dni, pamięć tamtych cichych kilometrów podpowiada: zwolnij, ale idź. Pewna osoba użyła kiedyś mądrego stwierdzenia, że w naszej dyscyplinie nikt nikomu nie musi niczego udowadniać. I to jest w tym wszystkim piękne – że można iść samotnie lub obok siebie, bez porównań i bez rywalizacji, po prostu w swoim rytmie.

    Jest jeszcze jedna korzyść z marszu w pojedynkę – uczciwość wobec siebie. Nie ma z kim się ścigać, nie ma komu imponować. Jest tylko Twoje tempo i Twoje „po co”. Znika presja, pojawia się ciekawość. Zauważasz mikro–rzeczy: jak stawiasz stopę, czy ręka naprawdę się prostuje, gdzie ucieka napięcie.

    Nie chodzi o to, by samotny marsz zastąpił wspólne treningi. Chodzi o równowagę. Dwa wyjścia z ekipą, jedno dla siebie – to przepis, który działa. Bo z ciszy przynosi się do grupy coś bezcennego: spokój. A spokój jest zaraźliwy. Ludzie wyczuwają, kiedy trener lub partner z trasy ma w sobie poukładaną ciszę – wtedy idzie się lżej wszystkim. Samotny marsz uczy też pokory. Nie zawsze jest flow, nie zawsze „niesie”. Czasem jest błoto, rozwiązane sznurówki i myśl: „Po co mi to było?”. I bardzo dobrze. To te kilometry cementują charakter bardziej niż te idealne. Wracasz z nich może bez olśnień, ale z drobną, milczącą satysfakcją: zrobiłem swoje.

    I na koniec – odrobina czułego realizmu. Nie każdy spacer w pojedynkę będzie inwazją endorfin. Czasem będzie zwyczajny. Kij zsunie się po mokrej ściółce, kamyk wpadnie do buta, rękawiczka źle się ułoży, czapka będzie grzać za bardzo. Ale właśnie w tej zwyczajności kryje się największy luksus współczesności: chwila, w której nikt niczego od Ciebie nie chce. Idziesz, bo chcesz. Oddychasz, bo możesz. Wiesz, dokąd – a jeśli nawet nie wiesz, to przynajmniej wiesz po co. A kiedy wracam do ludzi, do mojej Baszty, do niedzielnego „Veni, vidi, vici!”, zabieram ze sobą ten cichy zapas. I wtedy cała grupa idzie trochę pewniej – jakby w moim kroku było o jedno westchnienie ciszy więcej.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • Cele, które naprawdę motywują

    Nie każdy cel musi być rekordem. Wystarczy ten, który ma sens – osobisty, szczery, Twój. Bo prawdziwa motywacja nie przychodzi z zewnątrz. Rodzi się tam, gdzie kończą się wymówki, a zaczyna pasja.

    Motywacja to słowo, które łatwo wypowiedzieć, ale trudno utrzymać. Wszyscy ją znamy – to ten wewnętrzny błysk, który każe wstać z kanapy, założyć buty i ruszyć, choć pogoda zniechęca, a ciało mówi: „zostań”. Ale ten błysk ma swoją naturę – pojawia się i znika. Dlatego prawdziwa siła nie leży w motywacji chwilowej, tylko w celach, które mają sens.

    Dobry cel nie krzyczy. Nie musi być rekordem, nie musi mieć medalu na końcu drogi. Czasem wystarczy, że zmieścisz się w czasie, który sam sobie wyznaczyłeś. Że dojdziesz dalej niż miesiąc temu. Że po prostu nie odpuścisz. W Nordic Walkingu cele pojawiają się z mięśni i z głowy. „Chcę mieć siłę, by wejść sześciokrotnie raz za razem na Górę Siemierzycką bez zadyszki.” „Chcę poczuć, że znowu coś mogę.” „Chcę iść z grupą i nie zostać z tyłu.” To są cele, które trzymają dłużej niż numery startowe. Za każdym razem, gdy staję na szczycie, nie czuję się zwycięzcą, tylko człowiekiem, który dotrzymał słowa danego samemu sobie.

     Nordic Walkingu to szczególnie widać – ci, którzy chodzą dla siebie, zostają na lata; ci, którzy chcą tylko „zaliczyć”, znikają po sezonie. Dlatego cele warto formułować nie przez „muszę”, ale przez „chcę”. Nie „muszę poprawić wynik”, lecz „chcę poczuć się mocniejszy”. To subtelna różnica, ale zmienia wszystko. Kiedy cel wypływa z przyjemności, nie z presji, wtedy nawet potknięcie staje się częścią procesu.

    Nie ma nic złego w chwilach słabości. Każdy z nas zna to uczucie, kiedy nie chce się wyjść – kiedy zimno, ciemno, a łóżko wygląda jak najlepszy przyjaciel. W takich momentach nie szukaj motywacji – szukaj powodu. Dla zdrowia? Dla ludzi? Dla siebie? Czasem jeden powód wystarczy, żeby wrócić na trasę. A ja mam jeszcze swoją metodę, pół żartem, pół serio. Kiedy pogoda naprawdę nie zachęca, mówię do siebie: „Ubiorę się, wyjdę i dopiero wtedy zdecyduję, czy chcę iść na trening.” I wiecie co? Kiedy już stoję na podwórku, nagle przestaje mi się chcieć wracać. Wtedy powtarzam sobie: „Skoro się ubrałeś, to teraz trenuj.” I tak właśnie zaczyna się większość moich najlepszych treningów – od chwili, w której po prostu przestałem się zastanawiać.

    Motywacja to nie jest płomień, który płonie cały czas. To ognisko, które trzeba podsycać – raz słowem, raz wspomnieniem, raz wspólnym śmiechem. Jednego dnia zapalisz się sam, innego dnia ktoś dorzuci Ci patyk. I to jest piękne, bo motywacja w grupie działa jak ogień w kręgu – raz pali się mocniej u jednych, raz u innych, ale wszyscy grzeją się w tym samym cieple.

    Moja półka z książkami od lat ugina się od poradników pozytywnego myślenia. Zig Ziglar, M.R. Kopmeyer, Dale Carnegie, Anthony Robbins – klasyka motywacji. Każdy z nich pisze o tym, jak stawiać cele, jak szukać sensu, jak nie tracić wiary. I choć dzisiaj patrzę na te książki z pewnym dystansem, to nie mam wątpliwości, że w swoim czasie pomogły mi zbudować własny mental. Wtedy chłonąłem każde zdanie, jakby miało odmienić dzień. Dziś wracam do nich rzadziej – czasem tylko po to, żeby odnaleźć jedno zdanie, które akurat teraz zadziała.

    Ale z każdym rokiem coraz mocniej czuję, że prawdziwa motywacja nie zawsze siedzi w książkach. Ona przychodzi sama, często w najmniej spodziewanym momencie – na leśnej ścieżce, w rozmowie po treningu, w milczeniu po wysiłku. I nie potrzebuje górnolotnych słów ani wielkich deklaracji. Czasem wystarczy jedno: „idziemy dalej”. Cele muszą być elastyczne. Czasem życie wytnie numer – choroba, kontuzja, nadmiar obowiązków. Wtedy zamiast wyrzucać sobie „nie dałem rady”, warto powiedzieć „zrobiłem tyle, ile mogłem dziś”. Tak buduje się mądra konsekwencja. Bo w sporcie, tak jak w życiu, lepiej iść wolniej niż spalić się po pierwszym podejściu. Motywację podtrzymują rytuały. SMS przed treningiem, wspólne zdjęcie po marszu, krótki okrzyk „Baszta!” po rozgrzewce – to drobiazgi, które budują ciągłość. Psychologowie nazwaliby to „systemem wzmacniania pozytywnego”, ja wolę słowo „wspólnota”. Bo to właśnie wspólnota przypomina nam, po co zaczęliśmy.

    Kiedy po treningu patrzę na grupę i widzę zmęczone, ale uśmiechnięte twarze, wiem, że to jest ten moment, kiedy cel staje się czymś więcej niż liczbą kilometrów. To jest cel, który naprawdę motywuje.

    B.A.


    Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

  • MEDALOWY DOROBEK BASZTY – idziemy dalej

    MEDALOWY DOROBEK BASZTY – idziemy dalej

    W tym miejscu chcemy udokumentować nasze medalowe osiągnięcia.

    Baszta Bytów to wciąż młody klub, który zaczynał od poziomu rekreacyjnego. Dziś cieszymy się z miejsc na podium w poszczególnych kategoriach wiekowych, ale szczególne znaczenie mają dla nas pierwsze sukcesy drużynowe w klasyfikacji open. To wyraźny sygnał, że obrany kierunek ma sens.

    Umówmy się przy tym na jedną zasadę: w tym zestawieniu uwzględniamy wyłącznie osiągnięcia rangi mistrzowskiej, pucharowej oraz ligi Nordic Walking. Starty lokalne i regionalne traktujemy przede wszystkim jako formę treningu – choć przyznajemy, że również one dają sporo radości.

    Nasza historia startów na arenie ogólnopolskiej zaczęła się od jednego zawodnika. Na swoje pierwsze zawody – i to od razu Mistrzostwa Polski – pojechał Bogdan Adamczyk, wówczas świeżo upieczony instruktor, jeszcze bez zaplecza grupy treningowej.

    Ten start zapoczątkował regularny udział w całym cyklu Pucharu Polski 2023, obejmującym zawody m.in. w Wągrowcu, Wasilkowie, Kolbuszowej, Barlinku, Polanicy-Zdroju (górskie MP), Warszawie (ME) oraz Bełchatowie (PŚ). Zebrane punkty dały 2. miejsce w klasyfikacji generalnej sezonu.

    Baszta jako zespół zaczęła częściej wyjeżdżać na zawody w 2024 roku. Starty w Czerwonaku (MP), Bydgoszczy (MP) i Bełchatowie (MŚ) przyniosły solidne przetarcie i cenne doświadczenie. Na pierwsze podium trzeba było jednak poczekać do 29 września 2024 roku – i znów historia zatoczyła koło, bo sukces przyszedł w Potęgowie.

    Podczas zawodów rangi Pucharu Polski na podium stanęli: Anna Sudoł – 2. miejsce, K65 (5 km), Paulina Bazner – 2. miejsce, K30 (5 km), Grażyna Szyca – 2. miejsce, K50 (5 km), Piotr Burliński – 2. miejsce, M40 (5 km), Barbara Badowska-Stefańska – 2. miejsce, K60 (10 km),
    Aniela Kożykowska – 3. miejsce, K60 (10 km), Maciej Frymus – 3. miejsce, M30 (10 km).

      Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

    1. REKORDY ŻYCIOWE – każdy wynik ma historię

      REKORDY ŻYCIOWE – każdy wynik ma historię

      Rekord życiowy to nie tylko cyfra w tabeli. To moment, w którym coś „kliknęło”. To dzień, w którym technika, pogoda, dyspozycja i głowa zagrały razem. W naszej sekcji takie momenty zdarzają się coraz częściej – i to widać jak na dłoni.

      Wyniki zapisane w zestawieniu rekordów życiowych pokazują coś, czego nie odda żaden zwykły wykres: ciągły rozwój naszych zawodników. Prawie każda z tych liczb ma swoją datę z 2024 lub 2025 roku. I to dla mnie największy powód do dumy – rekordy padają nie dlatego, że ktoś trenuje zawodowo, ale dlatego, że jako grupa po prostu idziemy do przodu. Regularnie. Sumiennie. Po swojemu.

      Ta lista żyje. Praktycznie co tydzień muszę coś w niej zmieniać, dopisywać, aktualizować – bo kolejna osoba zrobiła swój najlepszy czas na 5 km, ktoś inny poprawił „życiówkę” na dziesiątce, a następny wrócił z zawodów z nowym wynikiem na 20 km.

      To znak, że praca wykonywana na treningach naprawdę działa. W dodatku robimy to na wielu dystansach. Nie jesteśmy sekcją wyspecjalizowaną wyłącznie w 5 km albo wyłącznie w dłuższych trasach.

      Rekordy życiowe są też świetnym barometrem potencjału. Widać wyraźnie, jak wiele osób ma jeszcze spory margines do poprawy – i to daje ogromną motywację. Z każdym kolejnym startem, z każdym sezonem, te liczby będą rosły. A my – jako sekcja – będziemy przełamywać kolejne granice.

      Można powiedzieć, że rekordy to historia pisana małymi, ale konsekwentnymi krokami. I właśnie z takich kroków powstała Baszta Bytów. Zwykli ludzie, normalne życie, codzienna praca… i sport, który stał się dla nas wszystkim czymś znacznie większym.


      Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

    2. RANKING KLUBOWY – nasza droga i postępy

      RANKING KLUBOWY – nasza droga i postępy

      Tworzymy własną historię wyników. Nie po to, by komukolwiek dorównać, ale by mierzyć się z tym, kim byliśmy wczoraj. Ranking klubowy Baszty Bytów to zapis pracy zwykłych ludzi, którzy w wolnym czasie znaleźli w Nordic Walkingu coś więcej niż rekreację.

      Ranking klubowy Baszty Bytów to zestawienie, które ma dla nas wyjątkową wartość – nie dlatego, że bijemy w nim spektakularne rekordy na miarę ogólnopolskich mistrzów, ale dlatego, że pokazuje drogę, jaką pokonaliśmy jako sekcja, która powstała od zera.
      Nie z gotowych struktur, nie z przejętych zawodników, nie z cudzych fundamentów. To praca wykonana od podstaw – przez ludzi, którzy przyszli na pierwszy trening z ciekawości, czasem z obawą, czasem po latach przerwy od jakiegokolwiek sportu.

      Właśnie dlatego ten ranking jest tak ważny. Każde nazwisko na liście należy do kogoś, kto robi to rekreacyjnie – po pracy. Między obowiązkami, czasem walcząc ze zmęczeniem, czasem z własnymi słabościami. A jednak te osoby regularnie stają na starcie zawodów w różnych częściach Polski. I coraz częściej wracają z wynikami, które jeszcze rok temu wydawały im się poza zasięgiem.

      Mamy świadomość, że zaglądać tu będą także zawodnicy z krajowej czołówki. Do nich nam jeszcze daleko – i mówimy to z pełną pokorą. Ale ten ranking nie powstał po to, by porównywać się z kimś innym. Powstał po to, by udokumentować naszą własną drogę rozwoju.

      Mamy osoby specjalizujące się w różnych dystansach – 5, 10 i 20 km – oraz zawodników, którzy próbują swoich sił na nowych trasach, w nowych miejscach i w nowych warunkach. Dynamiczne zmiany w tabeli pokazują, że z każdym miesiącem rośniemy jako sekcja, a poziom wyrównuje się w sposób wręcz imponujący.

      Warto też dodać, że nasz ranking dopiero się rodzi. Przy krótszych dystansach widać już plejadę wyników, ale na dłuższych trasach – takich jak 20 km – baza jest jeszcze skromna. To naturalne, bo wiele osób dopiero oswaja się z rywalizacją, a długie dystanse wymagają czasu, odwagi i doświadczenia. Z każdym kolejnym sezonem te rubryki będą się zapełniać, a różnice między zawodnikami staną się wyraźniejsze. Ranking jest więc w fazie budowy – i właśnie dlatego tak fascynująco ogląda się jego kolejne aktualizacje.

      Ten ranking jest żywy. Będzie się zmieniał, będzie rósł, a my będziemy dopisywać kolejne linijki – z dumą, ale i świadomością, że to dopiero początek naszej historii.


      Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

    3. TEST COOPERA – progres jest tutaj

      TEST COOPERA – progres jest tutaj

      Jesienna edycja Testu Coopera pokazała nam więcej, niż spodziewaliśmy się zobaczyć. W ciągu 12 minut każdy z nas zmierzył się nie tylko z dystansem, ale i z samym sobą – a wyniki udowodniły, że jako drużyna rośniemy szybciej, niż myśleliśmy. To właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy progres: na równej bieżni, pod jupiterami, w atmosferze, która łączy pokolenia i motywuje do kolejnego kroku.

      Październikowe i listopadowe wieczory na stadionie lekkoatletycznym w Bytowie minęły pod znakiem sportowej mobilizacji, zdrowej rywalizacji i – co najważniejsze – sprawdzianu wydolności całej naszej sekcji. W ciągu kilku tygodni przeprowadziliśmy trzy pełne tury Testu Coopera w wersji Nordic Walking oraz dodatkowe pomiary dla osób, które nie mogły uczestniczyć w pierwszych terminach. Łącznie w teście wzięło udział aż 47 zawodników – 38 kobiet i 9 mężczyzn. To ogromna grupa, pokazująca, jak bardzo nasi uczestnicy chcieli poznać swój realny poziom wytrzymałości.

      Wszystkie starty odbywały się po zmroku, przy włączonych jupiterach oświetlających bieżnię. Ten klimat dodawał wydarzeniu wyjątkowej atmosfery – czuć było sportowe skupienie, ale i pozytywną adrenalinę.

      Dla nowych członków grupy test stał się pierwszym poważnym punktem odniesienia, tzw. poziomem zero, od którego zaczną obserwować swój postęp. Dla stałych bywalców była to okazja, by sprawdzić efekty długiego okresu treningowego. Dla mnie jako prowadzącego – moment bardzo wartościowej diagnozy techniki, tempa, wytrzymałości i regularności.

      Średni wynik całej sekcji wyniósł około 1533 metrów, co oznacza bardzo solidny poziom ogólny. Wśród kobiet średnia to 1523 m, a mediana 1534 m, co świadczy o dużej spójności grupy. Wśród mężczyzn średnia wyniosła 1566 m.

      W czołówce kobiet znalazły się: Alicja Krawczyk (1745 m), Izabela Metel (1704 m), Anna Sudoł (1660 m) i Danka Romańak (1625 m). Wśród mężczyzn bardzo dobre wyniki uzyskali: Kazimierz Cuppa (1788 m), Adam Łoza (1727 m), Bogdan Adamczyk (1678 m), Bogdan Łoza (1648 m), Cezary Obracht-Prondziński (1625 m) i Marcin Heron (1610 m). Różnorodność wiekowa uczestników – od 10 do ponad 70 lat – tylko potwierdza, że Nordic Walking naprawdę łączy pokolenia i daje każdemu szansę na sportowy rozwój.

      Ostatnia tura dostarczyła także niespodziewanych emocji. Świetny pojedynek stoczyli Kasia Lemanczyk i młody Adam Łoza, idąc niemal ramię w ramię przez ponad dziesięć minut. W końcówce Kasia przyspieszyła i przecięła linię z wynikiem 1793 m – zaledwie 7 metrów poniżej poziomu „mistrzowski krok”. Bez wątpienia przy następnej edycji powalczy o tę granicę. W ostatnich sesjach dołączyli także nowi zawodnicy: Małgorzata Ruszer, Małgorzata Szafraniec, Zbigniew Badowski i Katarzyna Żmuda-Trzebiatowska, którzy spisali się znakomicie.

      Wszystkie wyniki, ułożone w skale ocen, potwierdzają jedną rzecz: nasza sekcja jest niezwykle wyrównana, a rozpiętość osiąganych dystansów jest niewielka. Oznacza to, że trenujemy w zbliżonym tempie i na podobnym poziomie wydolności, co przekłada się na jakość wspólnych marszów.

      Aż 17 osób zdobyło ocenę „super kondycja”, a wiele innych „bardzo dobrą formę”. To imponujące rezultaty, zwłaszcza że dla niektórych uczestników był to pierwszy tak poważny test.

      Warto przy tej okazji przypomnieć, czym właściwie jest Test Coopera. Stworzony w 1968 roku przez doktora Kennetha Coopera, amerykańskiego lekarza i twórcę idei „fitnessu cardio”, miał być prostym, ale skutecznym narzędziem do oceny wydolności organizmu. Dwanaście minut wysiłku to idealna równowaga między czasem zbyt krótkim, żeby coś ocenić, a zbyt długim, by mógł dotyczyć każdego.

      W wersji Nordic Walking test nabiera dodatkowego wymiaru. Tutaj liczy się nie tylko siła nóg i płuc, ale także technika, rytm pracy rąk, symetria i umiejętność trzymania tempa. Kto maszeruje świadomie – wygrywa z czasem. Kto idzie chaotycznie – szybko uczy się, że 12 minut potrafi trwać wieczność. Dlatego ten test jest dla mnie nie tylko pomiarem liczbowym, ale także ćwiczeniem pokory, koncentracji i samopoznania.

      Warto też dodać, że cała jesienna sesja Testu Coopera miała swoje ukryte drugie dno. Celowo nie zdradzałem wszystkiego od razu – chciałem, aby uczestnicy sami odkryli, że dystans zapisany na kartce staje się ich osobistym celem. Wynik to liczba metrów, ale zarazem pierwszy punkt na osi czasu. Podczas kolejnego testu każdy zobaczy czarno na białym, czy dobrze przepracował zimę i wiosnę. Dla jednych sukcesem będzie progres, dla innych utrzymanie formy, a dla niektórych – po prostu świadomość, że robią coś dla siebie.
      Cała jesienna edycja Testu Coopera była więc czymś więcej niż zwykłym sprawdzianem. Była wspólną przygodą, sportowym lustrem i mocnym akcentem wieńczącym sezon. Dziękuję wszystkim uczestnikom za serce, wysiłek i determinację. Przed nami kolejne miesiące pracy i… kolejna edycja testu, która zapowiada się jeszcze ciekawiej niż pierwsza.


      Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl

    4. Kulisy pracy sekcji, czasami niewidoczne

      Kulisy pracy sekcji, czasami niewidoczne

      Komunikacja to podstawa, a pełna i sprawna komunikacja to coś naprawdę bezcennego. Dlatego każdy zawodnik otrzymuje SMS-a o najbliższym treningu, a dodatkowo znajduje się na naszej grupie WhatsApp, gdzie publikujemy najważniejsze informacje, przypomnienia i relacje z bieżących działań.

      Panuje tu pełna otwartość – każdy może powiedzieć coś mądrego, wnieść pomysł albo dopytać, jeśli czegoś nie jest pewien. To buduje atmosferę współpracy i poczucie, że jesteśmy jednym zespołem.

      Aktywny pozostaje także nasz profil na Facebooku, gdzie wszystkie treningi są numerowane i opisywane. Publikujemy zapowiedzi, podsumowania, zdjęcia, wyniki, ciekawostki i relacje z wydarzeń. Dzięki temu każdy, nawet jeśli akurat nie może być z nami w terenie, wie, co się dzieje i czym żyje sekcja.

      Największym wsparciem są samorządy, ale każda złotówka z dotacji oznacza konieczność napisania wniosku, aktualizacji projektu i rozliczenia zadania. A kto choć raz siedział nad wnioskiem, ten wie, ile to kosztuje pracy… i ile potrafi kosztować wkładu własnego.

      Sekcja działa także dzięki wpłatom członkowskim oraz wpłatom na cele statutowe, które pozwalają rozwijać treningi, kupować sprzęt czy organizować wydarzenia. Ale to nie wszystko. Baszta Nordic Walking angażuje się również w działania społeczne: wspiera grupy senioralne, prowadzi zajęcia dla podopiecznych Środowiskowego Domu Samopomocy, bierze udział w akcjach takich jak „Różowa Wstążeczka” czy inicjatywy na rzecz hospicjum domowego. Prowadzimy też treningi pokazowe w różnych miejscach powiatu bytowskiego.

      Wszystkie te działania odbywają się w duchu wolontariatu, często z naszym własnym wkładem – bo wiemy, że warto robić coś dobrego dla innych. Po dwóch latach obecności w strukturach MLKS Baszty Bytów nasza sekcja ma już swojego przedstawiciela w zarządzie (Wiceprezes ds. Nordic Walking) oraz reprezentację w Komisji Rewizyjnej, co tylko potwierdza, jak poważnie traktujemy rozwój tej dyscypliny.

      Organizacja imprez i zawodów pochłania mnóstwo energii, ale robimy to nie dla chwały, tylko dla rozwoju Nordic Walkingu w naszym powiecie. Daje nam to radość, satysfakcję i poczucie, że budujemy coś trwałego – krok po kroku, trening po treningu, ludzie z ludźmi.


      Więcej tekstów o treningach i startach znajdziesz sekcji Nordic Walking na basztabytow.pl